
























|
Opis szlaku
I dzień
Wyruszaliśmy z dworca PKP w Szklarskiej Porębie. Skierowaliśmy się ulicą w dół. Bez problemu odnaleźliśmy szlak czerwony. Podchodziliśmy wygodną drogą do Wysokiego Kamienia, a następnie poprzez: Zwalisko, Sine Skałki, Rozdroże pod Kopą, Mokrą Przełęcz, Drwale i Świeradowiec dotarliśmy do schroniska na Stogu Izerskim. Od podejścia ze Szklarskiej Poręby do Zwaliska krajobraz urozmaicony jest skałkami. Miejscami teren podmokły, przy silnych opadach tworzą się oczka wodne. Przejście powyższej trasy zajęło nam ok. 6h. Daleko, ale ciekawie.
II dzień
Wyszliśmy ze schroniska na Stogu Izerskim, przez: przełęcz Łącznik, Suchacz i rezerwat Izerskie Bagno dotarliśmy na Izerską Halę, gdzie usytuowana jest Chatka Górzystów. Droga zajęła nam ok. 3h. Kierowaliśmy się znaczkami koloru żółtego. Piękna trasa, przy dobrej widoczności można podziwiać rozległe widoki Gór Izerskich zarówno po polskiej jak i po czeskiej stronie. Z oddali wyłaniają się zamglone szczyty Karkonoszy.
Szlak bardzo wygodny, prowadzone są prace zalesiające zniszczone tereny.
III dzień
Z Chatki Górzystów biegnie wygodna i dobrze utrzymana droga do Jakuszyc. Poprzez Orle doszliśmy do Szklarskiej Przełęczy w Jakuszycach. Przy Chatce Górzystów natknęliśmy się na jedno ze stanowisk opisowych ścieżki ekologicznej, zawierającej mnóstwo informacji przedstawionych w ciekawej formie. Przejście tej ścieżki może stanowić odrębną wycieczkę krajoznawczą. Do Jakuszyc szliśmy ok. 3h, szlakiem czerwonym.
Wszystkie szlaki, którymi się poruszaliśmy były dobrze oznakowane. Na drodze którą przebyliśmy, spotkaliśmy wszystkie elementy charakterystyczne dla Gór Izerskich: skałki, szerokie drogi, podmokłe ścieżynki, bagna, torfowiska, rozległe przestrzenie i kikuty zniszczonych drzew.
Reportaż
Zbliżało się Święto Zmarłych, a więc kolejne wolne dni i nowa możliwość wyjazdu. Stwierdziliśmy z tatą, że pojedziemy w Góry Izerskie. Szukaliśmy miejsca tajemniczego, dziwnego i dzikiego.
Podróż zaczęliśmy 30 października, wieczorem. Z Poznania udaliśmy się do Gniezna (tam mieszka moja babcia). Siedząc już w pociągu czekaliśmy nadprogramowo ok.20 minut - wiadomo: PKP. U babci było przytulnie, zdążyliśmy się umyć i najeść, a także uzupełnić nasze zapasy, co sprawiło, że nasze nie najlżejsze bagaże stały się jeszcze cięższe.
Pociąg do Szklarskiej Poręby miał odjechać z dworca ok. 1.00, jednakże 5 minut przed planowym przyjazdem okazało się, że ma godzinne spóźnienie. Usłyszeliśmy standardowy komunikat PKP: "Opóźnienie może ulec zmianie. Podróżnych przepraszamy." Był już pierwszy listopada. Niezadowoleni usiedliśmy w poczekalni okupowanej przez kilku podróżnych i bezdomnych. Kiedy usiłowałam się zdrzemnąć na dworcowym, niewygodnym, niebieskim krzesełku, z baru wyłonili się dwaj mężczyźni. Obrzucali się wyszukanymi inwektywami, a co ciekawsze i bardziej podniecające, zaczęli się wzajemnie okładać pięściami. I jak tu zasnąć?
Nasza podróż robiła się coraz ciekawsza. Kiedy przyjechał nasz długo oczekiwany środek transportu, znaleźliśmy miejsca, wrzuciliśmy plecaki na półeczki i ... Tata zasnął, a ja wpatrywałam się w okno i zastanawiałam się, co się jeszcze wydarzy?...
Góry Izerskie są znane jako rozległe wzniesienia, które ucierpiały wskutek zanieczyszczeń produkowanych przez przemysł byłej Czechosłowacji, Polski i Niemiec. Krajobraz jest niesamowity; rozległe, łyse przestrzenie, poprzecinane kikutami zniszczonych drzew. Rzadko odwiedzane przez turystów, o słabej bazie noclegowej, nieprzewidywalnym klimacie, otoczone tajemnicą... Tyle przynajmniej wiedziałam.
W Szklarskiej Porębie zastałam zdemolowany dworzec, musiałam skorzystać z miejsca, które kiedyś może i było toaletą, ale obecnie w niczym jej nie przypominało. Kupiliśmy chusteczki, miętówki, dokładną mapę i ruszyliśmy w nieznane.
Mój plecak ważył około 12 kg, a taty był cięższy. Sprzęt mieliśmy dobry, pogoda przedstawiała się nienajgorzej - było pochmurno, chłodnawo i lekko mżyło. Zadowoleni i pełni zapału zaczęliśmy podchodzić pod pierwszą górkę. Tata robił zdjęcia, rozmawialiśmy i stwierdziliśmy, że ta wyprawa wcale nie będzie męcząca. Od Wysokiego Kamienia pogoda zaczęła wyraźnie się pogarszać. Deszczyk zamienił się w ostry, nieprzyjemny, lodowy grad. Zaczęło wiać i pojawiła się mgła. Krajobraz stracił ostrość, widoczne były tylko zarysy skałek i drzew. Sił dodawała nam myśl, że od pierwszych tabliczek informacyjnych do schroniska na Stogu Izerskim były 3h. Pogoda robiła się coraz gorsza, mgła była coraz silniejsza. Od kamieniołomu "Stanisław" nie widzieliśmy nic w promieniu kilku metrów. Z każdą chwilą byliśmy bardziej zmęczeni; widoczność spadła do zera - ledwo widziałam przed sobą tatę, nie spotkaliśmy żadnej żywej istoty, czasami spoglądając w ziemię, widzieliśmy ludzkie ślady... Szliśmy, szliśmy...... szliśmy. Plecak ciążył, zagłębialiśmy się w bagna, było szaro, mokro. Słyszeliśmy wycie wiatru. Czuliśmy się strasznie. Tata nawet nie robił zdjęć. Pustka....
Zaczął padać śnieg, zrobiło się jeszcze zimniej, powoli wpadaliśmy w depresję a schroniska ani widu, ani słychu. Miałam dosyć - ramię mnie bolało, w butach mokrawo, widziałam mgłę, mgłę i mgłę? Chcieliśmy zadzwonić do mamy, ale oczywiście nie było zasięgu. Po prostu wspaniale, cudownie!
Wreszcie zobaczyłam schronisko. Ku mojej rozpaczy, musiałam pokonać jeszcze jedną górę. Byłam wykończona, było mi wszystko jedno. Nie miałam siły się złościć ani narzekać. Już nie patrzyłam pod nogi, szłam po wodzie, błocie...Chciałam do śpiwora.
Kiedy weszliśmy do schroniska, przywitało nas ciepło, głośna muzyka disco i gospodarze opowiadający o Egipcie. Zjedliśmy rosół, dowiedzieliśmy się, że o ciepłych pokojach możemy pomarzyć...Gospodyni odprowadziła nas do pokoju, zdjęłam mokre skarpetki, założyłam suche, wyjęłam śpiwór i rzuciłam się na łóżko. Tata dał mi herbatki z termosu... Spać...
Około 18 zostaliśmy brutalnie obudzeni i poinformowano nas, że gospodarze jadą do domu. Zamknęli salę z kominkiem i tyle ich widzieliśmy. Tata był już zdecydowany rozpalić benzynową maszynkę w pokoju, kiedy pracownik z obsługi technicznej zapukał i powiedział, że możemy iść na dół, do kominka. Ustawiliśmy buty do suszenia, zaczęłam robić kolację, a ten sam miły człowiek przyniósł nam gorącą kawę. Po jakimś czasie poszliśmy spać. W pokoju standardowo zimno, w okno uderzały podmuchy wiatru. Zrobiło się niesamowicie. Noc z pierwszego na drugiego listopada, na zewnątrz śnieg, wiatr i .....
Później obudził mnie dźwięk otwieranego okna - otworzyłam oczy, jednak w pokoju byliśmy sami.. Okno było zamknięte. Po jakimś czasie usłyszałam płacz niemowlaka. Przecież poza nami i obsługą techniczną w budynku nikogo nie było. Zastanawiałam się, jak to możliwe?! Jestem pewna, że to, co słyszałam, było płaczem dziecka. Ale to przecież działo się w Izerach, podczas jednej z najbardziej niesamowitych nocy roku...
Dzzzz. Budzik. Wystawiłam głowę z mojego ukochanego, puchowego śpiworka i poczułam, jak mi drętwieją policzki. Pomimo obrzydliwego zimna poszłam się umyć - z przyjemnością skorzystałam z ciepłej wody. Spakowaliśmy się, zeszliśmy na śniadanie, porozmawialiśmy z gospodynią i stwierdziliśmy, że ruszamy w dalszą drogę - do Chatki Górzystów. Na zewnątrz panowała cudowna atmosfera. Błoto zamieniło się w śnieg, mieniący się tysiącem barw. Mroźne, czyste powietrze oraz piękne widoki zachęcały do wędrówki. Tata robił dużo zdjęć, humory mieliśmy znakomite, siły przez noc w tajemniczy sposób powróciły; wreszcie czułam, że żyję!
Kiedy zeszliśmy ze Stogu, zauważyliśmy drewnianą budkę. Byliśmy głodni - ale co za problem? Trochę wyżej płynął potok - wodę mieliśmy, w plecaku znajdowały się takie rzeczy jak: wędzonka, koncentrat pomidorowy, smalec, serek, makaron, zapałki i maszynka. Urządziliśmy sobie małą ucztę. Kocham zupę pomidorową, ale nigdy nie była tak wspaniała jak wtedy! Ach...
Pogoda dopisywała, byliśmy zadowoleni i w doskonałych nastrojach. Do chatki szliśmy jakieś trzy godziny. Mijaliśmy bagna... Chatka z daleka wyglądała zachęcająco, jednakże po wejściu do środka mój optymizm zaczął podupadać - odrapany korytarz, kuchnia w takim samym stanie , a może jeszcze gorszym... Kiedy weszłam do jadalni, zakochałam się w niej dosłownie w kilka sekund. Bielone, chropowate ściany, stare kanapy, drewniane belki, stoły i ławki, kamienny kominek i Zuzia. Zuzia to ogromny , leniwy ,wiecznie głodny i kochany pies.
Gospodyni była bardzo miła, okazało się, że znajdzie się dla nas miejsce w 8-osobowym pokoju, noszącym zachęcającą nazwę "Bagno". Pokoik sprawiał wrażenie ciepłego wnętrza (potęgował je kaflowy piec). Z ciekawością i pewną dozą nieśmiałości zastanawiałam się, kim będą nasi nocni towarzysze.
Toalety przedstawiały bardzo ciekawy widok: znajdowały się na zewnątrz, w podejrzanej szopie, na kwiczących, drewnianych drzwiach wisiała tabliczka: "Toalety koedukacyjne". Studnia z wodą była kilka metrów za chatką. Miejsce do mycia podczas zimy znajdowało się w przestronnym pomieszczeniu z piecem, miskami i menażką. Natomiast latem korzysta się z potoku, znajdującego się za chatką.
Dostaliśmy naleśnika - ogromnego, pysznego i bardzo sycącego. Nawet nie mogłam zjeść spokojnie kolacji, gdyż Zuzia natychmiast wyczuła smaczne jedzonko i machając ogonem, statecznie wkroczyła do sali. W rekordowym tempie włożyła mordę do mojego talerza no i tyle widziałam mojego naleśnika. Na szczęście były to resztki. Oprócz Zuzi, żebrzącej od wszystkich, były jeszcze koty, bezpardonowo biegające po stołach. Około dziewiętnastej, a może wcześniej, zdecydowałam się wkroczyć do jaskini smoka. Weszłam do "Bagna" i zobaczyłam trzech chłopaków z dziewczyną, siedzących przy stole i grających w karty. Cichutko wczołgałam się do śpiwora i usiłowałam zasnąć. Nie udało mi się. Na szczęście towarzystwo nie było nieśmiałe i tak właśnie poznałam Maćka i jego dziewczynę, Gienka i Michała (piszącego dziennik swych wypraw). Integracja zajęła nam pół nocy, w międzyczasie robiliśmy wyprawy do toalety koedukacyjnej...
Rano wstaliśmy z tatą koło siódmej, chatka, która nocą tętniła życiem, o poranku wydawała się wymarła. Zrobiliśmy śniadanko, herbatkę i po cichu się ulotniliśmy. Okolica wydawała się nierealna. Droga poznaczona kałużami tonęła we mgle, nie wiało. Panowała absolutna cisza. Po prawej stronie mieliśmy rzekę graniczną - Izerę. Szliśmy do Jakuszyc, stamtąd chcieliśmy dostać się do Szklarskiej Poręby, skąd mieliśmy pociąg do Poznania. Jak dowiedziałam się od Gienka, do Jakuszyc było 2,5 - 3h. Po drodze mijaliśmy Orle: małą osadę pośród gór. Może atmosfera wczesnego ranka, a może Gór Izerskich, sprawiła, że czuliśmy się jak w jakimś opuszczonym i dziwnym miejscu. Drewniane domy, zaniedbane i częściowo opuszczone, murowany budynek zniszczony przez wodę, mający być domem mieszkalnym...Wszystko to sprawiało przygnębiające a wręcz przerażające uczucie pustki.
W Jakuszycach okazało się, że do autobusu mamy kilkanaście minut. Tata zadzwonił do mamci, a ja w przydrożnym rowie umyłam zęby.
W Szklarskiej zdążyliśmy zjeść zupę w jakiejś mizernej pizzerii. Kelnerka zachowywała się jakby była hrabiną, a my jej służbą, która przeszkodziła jej w plotkowaniu z przyjaciółeczką. Gdyby nie fakt, że pociąg mieliśmy za pół godziny, a na dworzec szło się około piętnastu minut, wyszlibyśmy stamtąd od razu.
W drodze na dworzec tata stwierdził, że jest jeszcze głodny, a nie mieliśmy żadnych kanapek na podróż. Poszłam na stację a tata na zakupy. Okazało się, że kasjerka (żywcem przeniesiona z lat 60) nie może mi sprzedać biletu, ponieważ nie dysponuje blankietami. Musiałam poszukać dyżurnego ruchu i u niego dokonać zakupu. Mając 5min. do odjazdu, wskoczyłam do pociągu. Taty nie było, telefon miałam rozładowany, 2 minuty, minuta... Tata wbiegł na peron, trzymając dwie duże pizze. Ostatni kawałek zawieźliśmy mamie. Powrót strasznie się dłużył, a ja wcale się nie cieszyłam. Polubiłam Izery, z pewnością je jeszcze odwiedzę. Może już niedługo.
Tekst - Gacia
Foto - Kubuś |

























|