25.01.2002 - 27.01.2002
Sudety - Masyw Ślęży - Wycieczki Gaci i Kubusia

Sobótka - Przełęcz pod Wieżycą - Kazalnica - Olbrzymki - Zbójnickie Skały - Ślęża (nocleg) - Przełęcz Tąpadła - Tereśna Droga - Sulistrowice - Będkowice - Rezerwat Archeologiczny - Tereśna Droga - Ślęża (nocleg) - Bartoszek - Przełęcz Dębowa - Wieżyca - Sobótka

Opis szlaku
I dzień
Z Sobótki (przystanek PKS przy kościele św. Anny) udajemy się na Przełęcz pod Wieżycą. Od kościoła do parkingu poruszamy się szlakiem czerwonym, wiodącym chodnikiem. Idąc wzdłuż parkingu, po kilkudziesięciu metrach natrafiamy na rzeźbę kultową: "Mnich". Asfaltową drogą, lekko w górę, dochodzimy do Domu Turysty "Pod Wieżycą". Kierujemy się w prawo, czarnym szlakiem. Od przełęczy do ścieżki archeologicznej, znakowanej czarnymi niedźwiadkami; wiedzie wygodny trakt; prawie poziomy. Poruszamy się lasem bukowo - świerkowym, mijamy źródełka. Czarnymi niedźwiadkami (teren silnie pofałdowany, będący kiedyś starożytnym kamieniołomem) dochodzimy na Kazalnicę i schodzimy w lewo, na szlak niebieski. Skalną Percią przez Olbrzymki, wchodzimy na Ślężę. Olbrzymki to kompleks skalny, którego przejście nie wymaga dużych umiejętności, ale w lodzie i śniegu, może sprawić problemy. Na Ślęży znajdują się: ruiny starego kościoła (stanowisko pająka jadowitego), stara wieża widokowa, kultowy posąg: "Niedźwiedź", wieża RTV oraz Dom Turysty. Szczytowe partie góry objęte są rezerwatem.
Przejście trasy zajmuje ok. 3,5 - 4 h.

II dzień
Z Domu Turysty Na Ślęży udajemy się szlakiem żółtym na Przełęcz Tąpadła. Łagodne zejście szeroką, wygodną drogą trwa ok. 45 minut. Z przełęczy schodzimy na szosę i ok. 500 metrów poruszamy się nią w kierunku Sulistrowiczek. Następnie skręcamy w lewo na Tereśną Drogę, która biegnie pośród reliktowych lodowców skalnych. Dochodzimy do skrzyżowania ze szlakiem czerwonym, którym schodzimy do Sulistrowic. Szosą kierujemy się do Będkowic, mijamy Stary Dąb (pomnik przyrody); ok. kilometra za Będkowicami, w stronę Strzegomian, znajduje się rezerwat archeologiczny, obecnie zaniedbany. Kamienne tablice informacyjne leżą omszałe, domki są pozamykane na kłódki. Jedynie kurhany są w stanie nienaruszonym. W samym rezerwacie poruszamy się szlakiem czarnych niedźwiadków (trzeba uważać, znaczki giną!), zaczynamy podchodzić. Docieramy do krzyżówki z Tereśną Drogą. Skręcamy w lewo i po ok. 2 kilometrach dochodzimy do szlaku czerwonego. Zaczynamy ostre podejście na Ślężę. Przechodzimy przez Trakt Bolka, po lewej stronie mijamy Święte Źródełko i stajemy na szczycie.
Trasa wynosi ok. 6 h.

III dzień
Schodzimy ze Ślęży żółtym szlakiem. Mijamy starożytne rzeźby kultowe; Panna z Rybą i Niedźwiadek, oraz wały i krąg kultowy. Przez cały czas szlakiem żółtym podchodzimy na Bartoszka i krótkim podejściem zdobywamy Wieżycę. Na jej szczycie znajduje się kamienna wieża widokowa. Przejście powyższego odcinka zajmuje ok. 1,5 h. Kierujemy się w dół, skręcamy na szlak czarnych niedźwiadków. Po ok. 40 minutach dochodzimy do Mnicha. Zejście bardzo strome, jesienią pokryte jest zeschniętymi liśćmi.
Trasa - ok. 2 - 2,5 h.

 

Reportaż
Nadszedł długo wyczekiwany piątek, 25 stycznia. Wstaliśmy bardzo wcześnie, około godziny 4 rano. W Poznaniu na dworcu PKP byliśmy ok. 6.30. Nasz pociąg relacji Poznań - Wrocław, czekał już na peronie. Niestety, widząc tzw. pociąg przeżyłam głębokie i druzgocące rozczarowanie! Zamiast moich ukochanych wagonów z przedziałami podstawiono skład PIĘTROWY!!! Ogromna i bezduszna limuzyna! Takim "czymś" można jechać do Gniezna, ale w góry?! Skandal!
We Wrocławiu dworzec PKP zrobił na nas dobre wrażenie. Duży, przestronny, pięknie odnowiony, można zaopatrzyć się we wszystko, począwszy od tajwańskich grzałek (nie polecam, można wysadzić korki na całym piętrze) poprzez jedzenie, a skończywszy na książkach i aparatach fotograficznych (gdyby ktoś zapomniał).
Mieliśmy szczęście, gdyż autobus do Sobótki stał akurat na stanowisku, gotowy do odjazdu (dworzec PKS znajduje się vis a vis dworca PKP), po około godzinie jazdy byliśmy na miejscu. Było niezwykle emocjonująco - kierowca zapomniał o wszystkich obowiązujących ograniczeniach prędkości. Podczas podróży rozmawiałam z Tatą o Ślęży i otaczającym ją krajobrazie. Wątpiłam w cel naszego wyjazdu, - jakie góry mogą być pośród tej równiny?! Patrząc przez okno autobusu nie widziałam żadnych wzniesień, nierówności - wszędzie płasko... Ślęża z daleka wydawała się niziutkim, malutkim pagórkiem z wysokim masztem. Gdzie te góry?! (Szybko zmieniłam zdanie...)
W Sobótce chcieliśmy zjeść obiad, zaopatrzyć się w prowiant i oczywiście zwiedzić muzeum. Staliśmy na przystanku PKS, szumnie nazywanym dworcem, i nie wiedzieliśmy, w którą stronę się skierować. Zdecydowaliśmy ruszyć w lewo. Po przejściu sporego odcinka chodnikiem, zaczęliśmy się zastanawiać: czy na pewno idziemy w dobrym kierunku? Tata zapytał o drogę i zostaliśmy zawróceni. Następnie bez problemów znaleźliśmy centrum Sobótki.
Miasteczko jest bardzo przyjemne, a tamtejsza ludność przyjaźnie nastawiona do turystów. Idąc ślicznymi uliczkami, doszliśmy do kościoła św. Jakuba, gdzie w ścianę wmurowany jest romański lew. Kilkanaście metrów dalej znajduje się Muzeum Ślężańskie im. S. Dunajewskiego. Wchodzi się przez murowana bramę, z kutymi, żelaznymi odrzwiami (skojarzyła mi się z zabudową starego Krakowa, zwłaszcza z Sukiennicami). W kamiennym, chłodnym korytarzyku (ok. 2m) znajdują się tablice, zapoznające z historią Sobótki (w języku polskim i angielskim). W muzealnym holu znajduje się kasa i gablota z literaturą o tematyce regionalnej i archeologicznej oraz z drobnymi pamiątkami. Do sali wystawowej wchodzi się po schodach; ekspozycja jest ciekawa, dotyczy zarówno strony archeologiczno-antropologicznej jak również przyrodniczo-geologicznej. (W gablocie opisującej faunę ślężańską znaleźliśmy coś, co ogromnie nas ucieszyło - mianowicie było to zdjęcie i opis jednego z nielicznych w Polsce, pająka jadowitego, mieszkającego w ruinach starego kościoła na Ślęży. Pamiętam, jak pewna pani biolog wmawiała mi, że na Ślęży nie ma pająków jadowitych. A jednak...)
W muzeum można fotografować. Obsługa jest miła i kompetentna. W małym "ogródku" znajdują się stare rzeźby różnych postaci.
Po uczcie duchowej nabraliśmy apetytu na ucztę "dla podniebienia". Zajrzeliśmy do pizzerii - bistra, znajdującego się na rynku. Wnętrze, do którego weszliśmy, przedstawiało widok znany z powieści Roberta Chandlera: małe, ciemne i zadymione. W kącie przy stoliku siedziało kilku starszych mężczyzn z papierosami, głośno opowiadali sobie najświeższe plotki, obok siedziała kobieta (nienajmłodsza): włosy ufarbowane na jasny blond, mocny makijaż, pomalowane paznokcie, tlący się papieros w popielniczce, rozłożona gazeta... Przy barze stał młody osobnik, leniwie popijający piwo i rozmawiający z barmanem...
Zdecydowaliśmy się na inny lokal - "Gospoda pod Złotym Jeleniem". Dwie sale, krzesła z kręconego drewna, obite materiałem; stoliki nakryte pomarańczowymi obrusami, gdzie niegdzie poplamione i przypalone... Zajrzeliśmy do kart i zostaliśmy. Tata musiał skorzystać z toalety; ponieważ nie mógł jej znaleźć, podszedł do baru i... okazało się, że trzeba poprosić o klucz i zapłacić 50 groszy.
Po pewnym czasie pani przyszła po zamówienie. Chciałam zamówić kluski - nie było, pierogi z mięsem - nie było! Zdecydowałam się na zupę pomidorową, naleśniki z dżemem (były na wagę) i herbatę. Tata poprosił o tę samą zupę, pierogi ruskie, surówkę i kawę. Najpierw podano napoje - przy stawianiu kawy na stole, część kawy zamiast zostać w filiżance, wyskoczyła na spacerek - spodek taty). Pani bardzo się zdenerwowała, ale Tata zapewnił ją, że nic się nie stało. Następnie podano zupę - było jej dużo i wyglądała apetycznie (niestety było to złudne wrażenie, jak się niebawem przekonaliśmy). Przy pierwszej łyżce nabrałam podejrzeń, co do jej smakowitości, przy drugiej byłam pewna! Albo za bardzo została przyprawiona albo była skwaśniała. Zanim ją zamieszałam, po jej powierzchni pływały tajemnicze bąbelki... Po skonsumowaniu 2/3 zawartości miseczki, poddałam się. Kiedy oczekiwałam naleśników, kelnerka wyszła i po chwili przemknęła obok nas z czymś w ręce - żartowaliśmy, że poszła po dżem. W czasie delektowania się owymi naleśnikami, okazało się, że przypadkiem mieliśmy rację. W jednym z trzech naleśników nadzienie składało się z dżemu porzeczkowego o dyskusyjnej świeżości, natomiast pozostałe dwa wypełnione były świeżutkim dżemem truskawkowym!!! Mój Tata smakował nadzienie swoich pierogów i po chwili stwierdził, że jeszcze nigdy takich pierogów nie jadł. Ufam jego osądowi. Świeżość surówki nie podlegała rozważaniom. Jednogłośnie oceniliśmy ją na tydzień w lodówce. Pomimo średniej smakowitości potraw, bawiliśmy się znakomicie.
Około godz. 14.00 wyruszyliśmy w drogę. Przygotowałam się na długą i męczącą wyprawę, a po niecałych trzydziestu minutach byliśmy na przełęczy pod Wieżycą. Po drodze widzieliśmy i uwieczniliśmy kultową rzeźbę "Mnich".
Szeroką drogą wiodącą wśród lasu bukowo - świerkowego szliśmy sobie miło... Wrażenie było niesamowite. Ziemię przykrywał dywan rdzawych liści, wokół pnie, prawie niebieskich buków, promienie słońca przebijające się przez ściany drzew...Z łatwością wyobrażaliśmy sobie czarownice, elfy, leśne duszki, trole i inne stwory, zamieszkujące ten las. Zagłębiając się w tę atmosferę zrozumieliśmy, dlaczego właśnie tam rozwinął się kult czarów, ale najstraszniejsze miało dopiero nadejść.
Około godz. 17.00 słońce zaczęło zachodzić, robiło się coraz mroczniej i tajemniczo, zerwał się silny wiatr... Po kilkunastu minutach naszym jedynym światłem był blask księżyca, zaczęliśmy się niepokoić, zaraz nic nie będzie widać (zapomnieliśmy latarki), a przed nami jeszcze trochę drogi. I stało się. Wyrosła przed nami ściana skałek, wszystko było oblodzone, momentami nie widzieliśmy, gdzie stawiamy nogi. Buty ślizgały się w zlodowaciałym śniegu, szlak zaczął się gubić, zbierały się chmury, wiatr wył przeraźliwie, biały księżyc na granatowoczarnym niebie. Czułam się coraz bardziej nieswojo.
Stanęliśmy na szczycie Olbrzymków (tak nazywała się ta góra) i oniemiałam. W dole jaśniały światełka różnych miejscowości, bezpośrednio w dół (ostro) widoczna była biała ścieżka, niknąca w ciemności, a w pewnej odległości niczym oczy, świeciły czerwienią dwie lampki (to była wieża RTV), schroniska ani widu, ani słychu... Było niesamowicie, ale pięknie. (żałowaliśmy, że nie mieliśmy statywu - byłyby wspaniałe zdjęcia) Zaniepokojeni ruszyliśmy w dół, księżyc - nasze jedyne źródło światła zniknął w chmurach. Potem w górę. Nie widziałam nawet Taty, idącego kilka metrów przede mną. Szliśmy pośród lasu, zapadając się w śnieg, sięgający kolan. Po kolejnym, ostrzejszym podejściu zmęczyłam się. Przystanęłam, podniosłam głowę i... po plecach przebiegły mi dreszcze. Naprzeciw mnie, z mroku wyłonił się czarny, podłużny, wysoki kształt wieży. Był straszny. Teraz nawet nie słyszałam Taty, gdyż jedynym słyszalnym i wszechogarniającym dźwiękiem było przeraźliwe wycie wiatru. Przyspieszyłam. Po kilku następnych metrach zauważyłam ruiny starego kościoła - emanowało z nich zło, poprzez świst słyszałam jakieś dźwięki przypominające plemienną muzykę - właściwie czekałam, kiedy zobaczę krąg z ogniskiem a dookoła tańczące upiory i czarownice. Czułam się jak gdyby przeniesiono mnie w czasie, w inną, przerażającą rzeczywistość... Chciałam stamtąd uciec... (w rekordowym tempie dotarłam do schroniska).
Drzwi Domu Turysty okazały się zamknięte (było kilka minut po godz. 18.00). Dzwoniliśmy, pukaliśmy, po kilku minutach drzwi otwarły się na szerokość kilku centymetrów, a z powstałej szpary wyłoniła się rozczochrana, rozespana, o niezbyt miłym wyrazie twarzy, kobieca głowa. Stwierdziliśmy, że mamy rezerwację, na co głowa wyraźnie się zdziwiła i oczekiwała na dalsze informacje. Zdegustowani (na zewnątrz było kilka stopni poniżej zera) przedstawiliśmy się i podaliśmy szczegóły dokonania rezerwacji. Bladolicą chyba przekonały nasze wyjaśnienia, gdyż wpuściła nas do budynku. W pierwszej kolejności sprawdziła grafik (nawet byliśmy tam uwzględnieni) i od razu poprosiła o dokumenty (musieliśmy wyglądać podejrzanie!). Zapytaliśmy grzecznie, czy istnieje możliwość spożycia jakiegoś ciepłego posiłku i ku naszemu zdziwieniu, otrzymaliśmy odpowiedź twierdzącą. Kiedy spojrzeliśmy w menu, nasz entuzjazm wyraźnie osłabł. Podawano tylko gotowe dania. Zamiast zup, pani dysponowała gorącymi kubkami, można było zamówić słoik gołąbków, słoik leczo, słoik fasolki po bretońsku, kiełbasę smażoną itd. Byliśmy głodni, a ponadto mieliśmy ochotę na coś ciepłego (w plecaku mieliśmy bułki, laskę -"swojskiej" kiełbasy, 3 kostki topionego sera). Po długich przemyśleniach (taki wybór!) zdecydowaliśmy się na: gołąbki (słoik), herbatę z sokiem (ja), herbatę z rumem (Tata) i gorącą czekoladę (ja). To była wspaniała uczta!!!
W pokoju znajdowała się umywalka, cztery łóżka, mała szafa, stół, cztery krzesła i mały, letni kaloryfer (kiedyś był większy, ale jak widać trzeba oszczędzać). Na dole znajdowały się toalety, jedynie prysznica nie znaleźliśmy.
Zrobiliśmy sobie kolejną herbatkę (mieliśmy grzałkę), rozpakowaliśmy plecaki, omówiliśmy trasę wędrówki dnia następnego i chcieliśmy zadzwonić do Mamy... Okazało się, że mój Tatuś zapodział gdzieś telefon. Przeszukaliśmy plecaki, kurtki, pokój, wszystko, co było możliwe. Telefonu nie znaleźliśmy. Na szczęście był jeszcze mój, ale Tata był bardzo zmartwiony. Spać poszliśmy w nienajlepszych nastrojach, a towarzyszył nam gwizd wiatru za oknem.
Obudziliśmy się wcześnie. Tata wstał, zagotował wodę na herbatkę i podał mi śniadanie, które składało się z bułki zagryzanej topionym serem (zapomnieliśmy noża). Po śniadaniu chciałam się umyć - jakże "miło" byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że jest zimna woda! Co za przyjemność?!! Istny raj!
Wyszliśmy. Przy dziennym świetle klasztor wyglądał znacznie lepiej, ale... Zrobiliśmy zdjęcia, co można było, to obejrzeliśmy i ruszyliśmy na Przełęcz Tąpadło. Później, idąc Tereśną Drogą podziwialiśmy reliktowe lodowce skalne. Najbliższym zejściem dostaliśmy się do Sulistrowic. W tej wsi znajduje się ośrodek wypoczynkowy, zalew, kościół, dwa albo trzy sklepy i bistro.
Weszliśmy do sklepu, aby kupić zupki w proszku (na kolację), jakąś kiełbasę i herbatniki. Nie mieliśmy dużego wyboru: jeden rodzaj zupek, jeden gatunek wędliny, o herbatnikach można pomarzyć.
Idąc przez wieś, oglądając ludzi i ich domy, doszliśmy do wniosku, że tamtejszej społeczności nie żyje się najłatwiej. Nagle zobaczyliśmy piękny, dopiero odnowiony, bardzo duży dom. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że jest to plebania, obok znajdował się równie śliczny i miły, ale malutki kościółek. Budynki były białe, z czerwoną dachówką. Przy płocie (od strony szosy) stała stara kuchnia polowa oraz pięknie odrestaurowana kareta. Kiedy robiliśmy zdjęcia, na pierwszym piętrze dyskretnie się odchylała firanka, aż w końcu odsłoniła połowę okna. Cały kompleks stanowił niezwykły kontrast dla reszty wsi.
W drodze do Będkowic, obejrzeliśmy pomnik przyrody i sfotografowaliśmy go. W następnej kolejności chcieliśmy obejrzeć stary dwór. Niestety (dla nas, oczywiście!), był już zamieszkany, bardzo zniszczony, ale wprawione zostało jedno okno i zaczęto stawiać nowy płot.
Bardzo chciałam zwiedzić rezerwat archeologiczny - rozczarowałam się. Teren był zaniedbany i ponury. Jednakże cieszę się, widziałam prawdziwe kurhany!
Powrót do schroniska okazał się bardzo uciążliwy. Zwłaszcza ostatnia część podejścia na Ślężę. Bardzo ostro, w głębokim zapadającym się śniegu. Humory poprawiło nam znalezienie po drodze pięknego kamienia. Wytrwaliśmy. Mieszkanie na najwyższej górze ma poważny minus: zawsze schodzi się w dół wychodząc, a po męczącej wycieczce, kiedy człowiek marzy o łóżku, musi się jeszcze bardzo zmęczyć, zanim się do niego położy.
Na miejscu zamówiliśmy standardow gołąbki (fasolka się skończyła) i pyszną czekoladę. W pokoju, w kranie, ciepłej wody nadal nie było. Zrobiliśmy kolację, na wyniesionych z baru plastikowych miseczkach. Przygotowaliśmy sobie zupki, do których wrzuciliśmy połamaną wcześniej kiełbasę. Stworzone przez nas danie osobliwie wyglądało i smakowało podobnie.
Tata, pakując się, w ukrytej kieszeni plecaka znalazł telefon. To dopiero była radość!!!
Kiedy poszłam robić notatki, Tato położył się na łóżku, i tak sobie, puścił wodę z kranu. Po około pół godzinie przybiegł do mnie, na dół, z radosną nowiną: z kranu leci letnia woda! Hura!!!
Rano spakowaliśmy się, posprzątaliśmy w pokoju (oj było, co sprzątać), pożegnaliśmy panią i opuściliśmy Dom Turysty. Kiedy zeszliśmy sto metrów, okazało się, że zapomnieliśmy o podbiciu książeczek. Ja zostałam, Tata wrócił na górę. Schodząc, spotkaliśmy tatusia z synkiem, którzy (przynajmniej tatuś) bez zadyszki wbiegali na Ślężę. Mijaliśmy też drzewa, które połamał wiatr, wiejący w nocy. Były również kultowe rzeźby przy drodze.
Ku naszemu zaskoczeniu, rzeźby "Panna z rybą" i "Niedźwiedź" były zamknięte w klatce i oblepione ligniną (notabene drzwi klatki przewiązane były sznurkiem, zawiązanym na kokardkę). Mimo napiętego czasu, zdecydowaliśmy się wejść na Wieżycę. Z góry musieliśmy prawie zbiegać, aby zdążyć na autobus do Sobótki. Zapewne pobiliśmy rekord - spod Mnicha na przystanek dotarliśmy w pięć minut. A potem już tylko powrót do domu.
Było ciekawie i bawiliśmy się wspaniale. Zamierzamy powrócić w tamte strony i to już niebawem.

Tekst i rysunki (białe) - Gacia
rysunki (czerwone) pochodzą z tablc w muzeum w Sobutce
Foto - Kubuś