
























|
Opis
szlaku
I dzień
Rano przyjeżdżamy pociągiem do Szklarskiej Poręby.
Schodzimy na dworzec autobusowy i jedziemy do Jakuszyc. Wysiadamy przy
zajeździe o wdzięcznej nazwie - Bombaj. Cofamy się i po ok. 1,5 km z
szosy schodzimy na piękną, szeroką i wygodną drogę. Dochodzimy do Skalnej
Bramy; są to skałki na zachodnim skłonie Karkonoszy usytuowane na wysokości
ok. 1000 m n.p.m. Skałki te stanowią dobry punkt widokowy na Góry Izerskie
i okolice Szklarskiej Poręby.
Przez cały czas posuwamy się szlakiem zielonym. Jest to przepiękna trasa,
ale niezbyt wygodna i obfitująca w wodę. Szeroka droga zamienia się
w wąziutką ścieżynkę, miejscami ginącą pośród świerków. Ze świerkowego
lasu wychodzimy na obszar pokryty zniszczonymi drzewami. Po prawej stronie
znajdują się Owcze Skały. Uwaga! Za Owczymi Skałami można zgubić szlak!
Idąc prosto (doskonały widok na Halę Szrenicką i Szrenicę) natrafiamy
na drogę. Skręcamy nią w prawo. Po pewnym czasie ponownie znajdujemy
szlak zielony. Mokrą, ale prześliczną ścieżką dochodzimy na Halę Szrenicką,
gdzie znajduje się schronisko PTTK. Dalej, przez cały czas szlaczkiem
zielonym posuwamy się w górę. Natykamy się na skałki noszące wdzięczną
nazwę Końskie Łby. Mijamy wyciąg, obchodzimy wierzchołek Szrenicy. Piękną,
kamienistą ścieżką dochodzimy do Mokrej Przełęczy. Ścieżka przy opadzie
śniegu jest zdradliwa (Kubuś miał fatalistyczną wizję: połamane nogi,
ręce, kosówka w oku - oczywiście wszystko naraz...) Tam skręcamy na
szlak zielony, nazywany inaczej Mokrą Drogą. Poruszamy się ślicznie
położoną ścieżką). Po lewej stronie rozpościera się widok na okolice
Szklarskiej Poręby i pozostającą w tyle, Szrenicę. Po pewnym czasie
dochodzimy do schroniska "Pod Łabskim Szczytem".
II dzień
Wychodzimy ze schroniska i szlakiem zielonym podążamy w stronę Śnieżnych
Kotłów.
Śnieżne Kotły - najbardziej "tatrzański" zakątek Karkonoszy.
Kotły, wyrwane w zboczach Karkonoszy pomiędzy Łabskim Szczytem a Wielkim
Szyszakiem. Swą nazwę wzięły od śniegu, którego płaty można spotkać
nawet w sierpniu. Powstały pod koniec epoki lodowcowej i są pamiątką
po rodzimych lodowcach. Zadziwiająca jest również fauna: ślimaczki arktyczne,
płochacze skalne i drozdy obrożne oraz flora kotłów: zimnoziół północny
(relikt epoki lodowcowej), pierwiosnka najmniejsza, sasanka alpejska,
róża alpejska, wawrzynek wilczełyko i tojad mocny. W początkach XIX
w. powstał tam bufet z kawą i likierem, w 1837 r. drewniane
schronisko postawili Schaffgotschowie. Po dwudziestu latach zniszczone
przez wichurę. Później postawiono murowane schronisko, które po uderzeniach
pioruna, przerobiono na hotel. Obecnie znajduje się tam stacja przekaźnikowa
TV.
Ścieżka jest przepięknie położona, wąska, przy dobrej widoczności mamy
widok na Kotlinę Jeleniogórską. Przy niewielkich opadach śniegu dróżka
jest zdradliwa, noga, przy odrobinie nieuwagi, może wpaść w szczelinkę
między kamieniami... natomiast w okresie zimowym szlak jest zamknięty.
Przez cały czas kierujemy się szlakiem zielonym. Dochodzimy do Rozdroża
pod Wielkim Szyszakiem, gdzie napotykamy szlak czerwony, biegnący ze
schroniska "Pod Łabskim Szczytem" oraz szlak niebieski, z
Piechowic na Przełęcz pod Śmielcem. Dalej zielonym docieramy do Rozdroża
pod Jaworem i przez cały czas kierując się Ścieżką nad Reglami dochodzimy
do szlaku czarnego, wiodącego Hutniczym Grzbietem. Szlak zielony to
piękna dróżka, miejscami w lesie, rzadko uczęszczana, łatwa, jednakże
w śniegu i przy wietrze może sprawić trudności a na pewno spowolnić
marsz.
Szlakiem czarnym dochodzimy do granicy polsko-czeskiej.
Asfaltową drogą (szlakiem czerwonym) docieramy do Przełęczy Dołek, a
następnie na Przełęcz Karkonoską. Z przełęczy, szybciutko dochodzimy
do schroniska PTTK "Odrodzenie". Jest to duży, trójkondygnacyjny
hotel górski. Wzniesiono go w latach 1923 - 27. W czasie wojny wypoczywali
tam nazistowscy oficerowie. W latach solidarnościowej konspiracji spotykali
się tam opozycjoniści z Czech i Polski. Obecnie jest to zwykłe schronisko.
Z Odrodzenia szlakiem czerwonym podchodzimy do Słonecznika. Jest to
jedna z popularniejszych skałek karkonoskich. Granitowe ciosy - ostańce
wznoszą się na wysokości ok.1423 m.n.p.m. i są wysokie na ok.12,5 m.
Nazwa Słonecznik pochodzi od słońca, a nie od kwiatu. Stare podania
mówią, że kiedy słońce ukazuje się nad skałą mamy południe. Po pewnym
czasie, przez cały czas idąc Głównym Szlakiem Sudeckim (czerwonym) docieramy
do punktów widokowych na kotły Wielkiego i Małego Stawu.
Idąc górą od Słonecznika, po pewnym czasie widzimy Kocioł Wielkiego
Stawu, którego ściany opadają stopniami do polodowcowej misy zamkniętej
moreną i skalnym ryglem. Wielki Staw jest największym jeziorem naturalnym
Karkonoszy. Jego powierzchnia zajmuje 8 ha, a głębokość dochodzi do
24,5 m. Kiedyś staw ten był bardzo często odwiedzany, widywano tutaj
Ducha Gór, jeżdżącego po lodzie rogatymi saniami. Twierdzono również,
że jeziorko nie ma dna i jest zamieszkiwane przez demony. Obecnie do
stawu nie wiedzie żaden szlak turystyczny.
Następny w kolejności jest Kocioł Małego Stawu. Mały Staw ma powierzchnię
ok. 3 ha i to właśnie nad nim znajduje się często odwiedzane schronisko
"Samotnia".
Kocioł, staw i schronisko pięknie prezentują się z góry, jednakże w
trosce o bezpieczeństwo turystów skalne krawędzie ograniczono barierkami.
Idąc przez cały czas szeroka drogą, szlakiem czerwonym dochodzimy do
Spalonej Strażnicy i odbijamy w lewo na szlak niebieski. Dalej szeroką,
brukowaną drogą schodzimy do schroniska "Strzecha Akademicka"
i następnie, przez cały czas szlakiem niebieskim dochodzimy do Samotni.
Tam kończymy wędrówkę. Trasa malownicza i latem, bez obciążenia nie
powinna zająć więcej aniżeli 5, 6 h. Jednakże w śniegu, błocie, wietrze
i deszczu poziom trudności się zwiększa i droga zabiera 2 razy więcej
czasu. My szliśmy około 8h.
III dzień
Ze schroniska "Samotnia" podchodzimy szlakiem niebieskim do
ruin strażnicy i stamtąd prawie równą drogą (z małym wyjątkiem) wędrujemy
aż do Przełęczy Pod Śnieżką. Tam wchodzimy na tzw. Drogę Jubileuszową.
Droga ta została zbudowana w 1905 roku z okazji 25-lecia Riesengebirgsverein.
Przeznaczona jest dla turystów nie lubiących stromizn. Omijamy szczyt
i wędrujemy Czarnym Grzbietem, wąską ścieżką wśród kosówki. Mijając
czeskie schronisko "Jelenka" schodzimy na Sowią Przełęcz.
Znajduje się tam turystyczne przejście graniczne. Przez cały czas kierujemy
się szlakiem niebieskim i krótkim podejściem zdobywamy Skalny Stół.
Kowarskim Grzbietem schodzimy na Przełęcz Okraj. Jest to obniżenie oddzielające
Kowarski Grzbiet Karkonoszy od Grzbietu Lasockiego. Od XVIII w. Rozwijało
się tam pasterstwo, budowano szałasy i budy pasterskie. Kiedyś istniało
tam przejście graniczne i komora celna na granicy prusko-austriackiej.
Obecnie jest strażnica Straży Granicznej i schronisko turystyczne. Po
czeskiej stronie jest mała miejscowość z pensjonatami, restauracjami,
hotelami, stokami narciarskimi i wyciągami.
Trasa przyjemna i krótka - ok.3 h
IV dzień
Ze schroniska przez około godzinę schodzimy wąską, przyjemną ścieżką.
Dochodzimy do krzyżówki ze szlakiem czarnym, którym dochodzimy do sztolni.
Po kopalni turyści oprowadzani są przez przewodników, 1200m chodników
trwa ok. godziny. Można zapoznać się z technologią budowy i eksploatacji
kopalni, urozmaiceniem są ekspozycje sudeckich minerałów i kamieni półszlachetnych.
Tryska tam źródło z "potencjałką" - wodą wzmacniającą siły
witalne i pobudzającą do działania. W kopalni jest dosyć chłodno. Najlepiej
wziąć cieplejszą odzież.
Wycieczka przyjemna i krótka, łącznie ze zwiedzaniem sztolni
zajmuje około 3 - 3,5 h.
Reportaż
Dzień pierwszy.
Tradycyjnie podróż do Szklarskiej Poręby minęła nam bez zakłóceń. Początkowo
aura nie była zachwycająca - przed nami godzinne czekanie na autobus
do Jakuszyc - deszcz zacina, wszystkie knajpki zamknięte, a Karkonoszy
zza chmur ani widu ani słychu. Usiedliśmy na twardych przystankowych
ławkach, oglądaliśmy ludzi i czekaliśmy.
Uff, około godziny jedenastej wysiedliśmy z autobusu przed granicznym
zajazdem "Bombaj". W bardzo miłej atmosferze zjedliśmy ciepłe
śniadanko, a tymczasem deszcz za oknem przemienił się w śnieg i zrobiło
się przyjemniej.
Szło się nam raźnie i wesoło. Sypał śnieżnobiały puszek, czasami zza
ciemnych chmur wyglądało słonko, było wspaniale. Tym razem nie zgubiłam
szlaku i bez problemu doszliśmy na Halę Szrenicką. Zdecydowaliśmy się
zjeść drugie śniadanko i wypić coś gorącego.
Po wyjściu ze schroniska okazało się, że temperatura spadła do 00C,
a śnieg zaczął zamarzać. Zimny wiatr dmuchał nam w twarze. Idąc do schroniska
"Pod Łabskim Szczytem", podziwialiśmy piękno ośnieżonych gór.
Śnieg prószył przez cały czas....
Na pokój musieliśmy poczekać około pół godziny (tzw. doba hotelowa),
nie przejęliśmy się tym zbytnio i raczyliśmy się herbatką z termosu.
Pokoik okazał się bardzo przyjemny, drewniane, piętrowe łóżka, czerwone
pufy, stolik, szafa, lustro, a przede wszystkim cieplutki kaloryfer!!!
(od razu znalazły się na nim przemoczone buty Kubusia i mokre spodnie
Gaci)
Dokonaliśmy drobnych ablucji, a potem zeszliśmy na pyszny obiadek i
deserek (bananowa kaszka Bebiko). Posiliwszy się i odpocząwszy wróciliśmy
na górę, wskoczyliśmy do naszych "puchorków" i nnn....aaa...
Dzień drugi.
Dzień był śliczny - śnieg mieniący się w porannym słońcu, powiewający
chwilami wiatr, przelotnie prószące białe płatki.
Wyruszyliśmy po zjedzeniu śniadanka i wypiciu słodkiej, gorącej herbatki...
Początkowo szło się nam dobrze - ja z kijami torowałam szlak, było wesoło,
rozkoszowaliśmy się też panującą ciszą i pięknem. Niestety w Rezerwacie
Śnieżne Kotły, opady śniegu stały się intensywniejsze, teren coraz trudniejszy
i przykryty białym puchem. Zaliczyłam kilka podpórek i złapałam zająca...
W planach mieliśmy dojście do Odrodzenia szlakiem zielonym, ale w praktyce
zrobiliśmy inaczej. Niestety, śnieg, a miejscami błoto, opóźniały marsz.
Zdecydowaliśmy się podejść czarnym szlakiem na grań i dalej górą (przez
Odrodzenie) do Samotni, gdzie mieliśmy nocleg.
Na Przełęczy Karkonoskiej mój żołądek zaczął protestować i zdecydowaliśmy
się wpaść do schroniska na gorącą zupę.
Ach, jak cieplutko!
Niestety, na zegarze wybiła 17.00, na dworze za godzinę lub dwie będzie
ciemno, a przed nami jeszcze droga na nocleg (ha, ha, relaksowy wyjazd).
Na szczęście nie było tak źle. Za Słonecznikiem zaczęło robić się ciemno,
światło księżyca odbite od śniegu rozpraszało mrok. Temperatura znacznie
spadła - pod nogami skrzypiało, a moje ręce pomimo rękawiczek były niczym
sopelki. Za to widoki mieliśmy niesamowite: w dole, pod nami - malutka
Samotnia, z oknami rozświetlonymi żółtym światłem, przycupnięta przy
stawku; nieco wyżej światła Strzechy Akademickiej, w oddali Śnieżka
ze statkiem kosmicznym na szczycie; za tymi wspaniałościami światła
Kotliny Jeleniogórskiej...
Do Samotni, zmęczeni , dotarliśmy około 20.00. Zjedliśmy ciepłą zupkę
(z paczki), wypiliśmy herbatę i wyszliśmy zadzwonić do mamy. Przy okazji
zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy na film do jadalni. Tato zrezygnował
i poszedł spać, ja dołączyłam do niego po dwóch godzinach. Ten dzień
dał nam do wiwatu. Zasnęliśmy szybko.
Dzień trzeci.
Obudziłam się nieco obolała. Poprzedni dzień dał o sobie znać... Po
dokonaniu szybkich ablucji w pokojowym zlewie (na szczęście w ciepłej
wodzie) spakowaliśmy bagaże i zeszliśmy na śniadanie do zimnej jadalni.
Rozgrzałam się ciepłą kaszką i herbatką i już trzeba było iść.
Kiedy otwarłam drzwi, na twarzy poczułam lodowaty podmuch. W nocy miękki
śnieg przemienił się w cienką warstwę lodu...Brrr... Wiało, mroziło,
pomimo czapki uszy odpadały (kaptury czasami się przydają) a policzki
zrobiły się sztywne... A im bliżej Śnieżki tym silniejszy wiatr i gorsza
widoczność.
Najwyższy szczyt Karkonoszy obeszliśmy Drogą Jubileuszową, niestety
kopuła tonęła we mgle. Momentami wietrzysko było tak mocne, że nie mogłam
iść... Na szczęście za Śnieżką pogoda jakby się polepszyła, wiatr zelżał,
wyjrzało słonko, świat wypiękniał; z jednej strony nieprzyjemna, mroźna
i niebezpieczna, a z drugiej śliczna, lekko ośnieżona i radosna kraina
marzeń (wrażenie psuły okropne, usztywnione drewnem stopnie i ławeczki
- jak na promenadzie!!!!!)
Od Sowiej Przełęczy właściwie śnieg się skończył, krajobraz bardziej
pasował do jesieni aniżeli do zimy (miła odmiana po poprzednich dniach).
Niestety, wiatr na Skalnym Stole "wynagrodził" nam brak białego
puchu!
Ważąc ponad 50 kg i mając ok. 10 kg plecak nie mogłam ustać na nogach.
Szybko stamtąd uciekłam - nie interesowała mnie nadprogramowa podróż
w okolice Karpacza... Dalej szło się bardzo miło i przyjemnie, poza
momentem, kiedy mój nowy but znalazł się po kostkę w błocie...
W schronisku na Przełęczy Okraj byliśmy sami. Nie ogrzewano budynku,
więc do pokoju dostaliśmy grzejnik elektryczny - tato go zepsuł i musieliśmy
zastosować sznurowadło... Ciepła woda była, czajnik również - czego
więcej można chcieć? Przed obiadkiem zrobiłam sobie wycieczkę do Czech,
małe zakupy na śniadanko i podwieczorek... Pojedliśmy, poczytaliśmy,
a tymczasem noc swym płaszczem otuliła świat...
Chrumm... Obudziłam się, coś chrobocze w stropie. Chrumm - tym razem
na pobliskim łóżku COŚ chwaszczy..... Ach te myszki...
Dzień czwarty.
Za oknem piękna pogoda, a my musimy wracać.
Zjedliśmy śniadanko (przynajmniej myszy wszystkiego nie zjadły) i ruszyliśmy
w drogę. Schodząc do Kowar, postanowiliśmy obejrzeć sztolnie. Niestety,
trafiliśmy na grupę ośmiolatków i pani tłumaczyła, jak wygląda kask
górnika... ale i tak mi się podobało.
Na przystanku okazało się, że autobus do Jeleniej odjechał chwilę wcześniej
i tym samym zostaliśmy zmuszeni do zejścia do centrum. Hmm, zatrzymaliśmy
się dopiero przy drodze wylotowej do Jeleniej...... na szczęście na
pociąg zdążyliśmy!
Tekst - Gacia
Foto - Kubuś |

























|