01.11.2002 - 03.11.2002
Sudety - Góry Wałbrzyskie
- Wycieczki Gaci i Kubusia
Marciszów - Krąglak - Gostków - Trójgarb - Bacówka pod Trójgarbem (nocleg) - Chełmiec - Wałbrzych - Dom Wycieczkowy "Harcówka" (nocleg) - Niedźwiadki - Dolina Szwajcarska - Wołowiec - Kozioł - Borowa - Wałbrzych, dworzec PKP

Opis szlaku
I dzień
Stojąc na dworcu PKP w Marciszowie kierujemy się w stronę poczty a następnie odbijamy w prawo i chodnikiem idziemy przed siebie. Po prawej stronie płynie rzeka Bóbr. Mijamy kościół na wzniesieniu, kilka małych sklepików. Po pewnym czasie odbijamy na polną drogę. Delikatnie podchodzimy na skraj lasu, skąd zaczyna się podejście na Krąglak. Uwaga - wąska ścieżka, momentami łatwo zgubić szlak, drobne przeszkody drzewne, ale ślicznie. Schodzimy do Gostkowa - miłej wsi z ruinami i kościołem. Przez cały czas trzymamy się zielonego szlaku. Przechodzimy przez tę wieś, mijamy wiatrak, podziwiamy widoki i kluczymy wokół Trójgarbu. Po jakiejś pół godzinie, zaczynamy ostateczne podejście na Trójgarb. Wijącą się ścieżką, mocno pnącą się w górę. Po niecałych 15 minutach stajemy na szczycie. Schodzimy ok. 30 minut ścieżynką nad jarem pełnym zeschłych liści i porośniętym dorodnymi bukami...Stajemy przed bacówką. Ładna droga, niezbyt męcząca, czas przejścia - ok. 3, 4 godziny.

II dzień
Od bacówki schodzimy drogą jezdną, następnie idziemy szosą szlakiem zielonym. Odbijamy w lewo na polną drogę. Uwaga - problemy z oznakowaniem! Poruszamy się lasem. Podejście na Chełmiec strome, trzeba uważać - pokryte kamieniami i zeschłymi liśćmi. Może stwarzać problemy przy opadach deszczu, śniegu i podczas oblodzenia.
Zejście z Chełmca szlakiem żółtym, wygodne, tylko miejscami przeradza się w wąską ścieżkę. Problemy jak wyżej.
Po około godzinie stajemy na przedmieściu Wałbrzycha. Idziemy prosto, dochodzimy do wiaduktu i nadal prosto. Po około 3 kilometrach po lewej stronie powinien znajdować się Park Sobieskiego. Tam znajduje się "Harcówka". Uwaga! W mieście, na początkowym odcinku szlak rozchodzi się we wszystkie strony i trzeba niezwykle uważać.
Trasa przyjemna, piękna panoramka z Chełmca (oczywiście przy dobrej pogodzie). Przejście całości zajmuje około 5 godzin.

III dzień
Z Domu Wycieczkowego wychodzimy na szlak niebieski. Kierując się nim, opuszczamy miasto i po około 30 minutach marszu zdobywamy pierwszego Niedżwiadka (613m n.p.m.). Dalej, łatwo, przyjemnie i szybko przechodzimy przez pozostałe dwa (odpowiednio 620 i 630 m n.p.m.). Cały czas niebieskim szlakiem schodzimy dość stromo do Doliny Szwajcarskiej. Przecinamy szosę i zaczynamy podchodzić - chwilami ostro w górę. Mniej więcej po godzinie (przejście przez Dłużynę - 715m n.p.m. i Mały Wołowiec) stajemy na Wołowcu (777m n.p.m.). Wierzchołek jest odsłonięty - dobre miejsce na posiłek i odpoczynek, tym bardziej , że ładny widok na Wałbrzych i jego okolice. Następna góra to Kozioł (773m n.p.m.) - wierzchołek zarośnięty, stoi tylko blok kamienny z wyrytą nazwą i wysokością szczytu. Stamtąd schodzimy na Przełecz Kozią, a potem dalej, wygodną, szeroką drogą dochodzimy na Przełęcz pod Borową. Z niej szlakiem czerwonym zaczynamy bardzo, a wręcz wybitnie strome podejście na najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich - Borową. Po około 15 minutach męczącej "wspinaczki" stajemy na wierzchołku - niestety, zarośnięty, w związku z czym brak panoramki. Powrót do Wałbrzycha szlakiem czerwonym w dół. Początek zejścia stromy, później wygodnie, lasem, polem....,wreszcie chodnikiem do dworca PKP.
Trasa ciekawa, aczkolwiek nieobfitująca w rozległe panoramy. Łatwa, chociaż tu i ówdzie można się zmęczyć. Zajmuje 4 - 5 godzin.

 

Reportaż
Hmm...Mieliśmy jechać w Góry Kaczawskie, ale znaleźliśmy się w Wałbrzyskich... Drugiego dnia miało być 35 punktów GOT-u, a zrobiliśmy 15 i siedzieliśmy w Harcówce w Wałbrzychu, przed kominkiem z lampkami Martini... No cóż, różne są koleje losu...
W piątek 1 listopada, ok. 7.30 stanęliśmy na dworcu PKP w Marciszowie. Pogoda była dobra: poranne słońce, chłodno, nie wieje, nie pada - iść, ciągle iść....
Wśród zroszonych łąk, na skraju lasu zrobiliśmy sobie popas: śniadanko (jeszcze z domciu), herbatka z miodzikiem (termos to jednak przydatna rzecz!), czekoladka i uff... podejście na Krąglak. A u góry?! Kilka dni wcześniej przez te tereny musiała przejść potężna wichura - szlak miejscami zatarasowany powalonymi drzewami, wszędzie, gdziekolwiek się obejrzeć, leżały drzewa wyrwane z korzeniami. W pewnym momencie musieliśmy nieco zboczyć ze ścieżki i przedrzeć się przez leśne chaszcze, gdyż wyrosła przed nami kilkumetrowa barykada z połamanych pni...
Idąc w stronę Gostkowa wsłuchiwaliśmy się w panującą ciszę... niestety, została ona dość brutalnie przerwana szczekaniem miejscowych piesków...
Przed nami wyrósł cel dnia - Trójgarb. Podejście początkowo łagodne, później nieco bardziej strome i..... wreszcie na szczycie! Spotkaliśmy tam miłego człowieka: rower, skóra, kapelusz, czarne okulary, znicze. Przyjechał zapalić światełka z myślą o zmarłych przyjaciołach i żonie; kiedyś bywali tam razem...
Trawersując zbocze szliśmy ponad głębokim jarem, nagie buki, w dole zeschłe liście...(oglądałam się za siebie, czy aby jakieś złe nie wyskoczy, ale niestety...)
W miłych nastrojach, w promieniach popołudniowego słońca dotarliśmy do "Bacówki pod Trójgarbem". Dostaliśmy ciepły i przytulny pokój, zrobiliśmy sobie jedzonko i odpoczywaliśmy. Następnego dnia planowaliśmy długą trasę... Pod wieczór pani przyniosła nam fantastyczną szarlotkę od dziadków. I tym miłym akcentem zakończył się wieczór 1 listopada.
Obudziliśmy się. W bacówce panowała niczym nie zmącona cisza. Za oknem szaro, ponuro i mokro. Zapowiadało się na 3-dniowy deszcz, ale to przecież jesień...
Już wiedzieliśmy, że będziemy skracać wędrówkę.
Pojadłszy, popiwszy, ruszyliśmy w drogę. Deszcz był uciążliwy, ale ambitnie postanowiliśmy zdobyć Chełmiec. Co to była za wyprawa! Najpierw do zielonego szlaku dołączyły białe trójkąty z różowymi obwódkami, niekiedy zajmujące pół drzewka... a później zaczęła się wspinaczka! Strome, a nawet bardzo strome zbocze, ( na oko 50 stopni nachylenia), luźne kamienie pokryte 15 centymetrową warstwą mokrych i śliskich liści... Parę razy musiałam podeprzeć się ręką...
U góry... hmm.... najpierw nic nie było widać przez mgłę, dopiero po pewnym czasie można było rozróżnić jakieś ruiny z antenami na dachu i zabezpieczone wysokim płotem, opatrzone napisem: "Promieniowanie elektromagnetyczne. Wstęp wzbroniony" (ciekawe, przed płotem promieniowanie za płotem już nie... anteny u góry nad głowami...)
To jeszcze nie koniec rewelacji. Na szczycie znajduje się również ogromny, stalowy krzyż; początkowo myśleliśmy, że ażurowa konstrukcja tonąca we mgle to właściwy nadajnik radiowo - telewizyjny, a jednak myliliśmy się...
A to ci niespodzianka...
Na zejściu, pojawiał się i znikał niebiesko-błękitny szlak. Kawałek przed Wałbrzychem, w lesie, pojawił się wóz konny, zeskoczyło z niego kilku mężczyzn w ciemnych ubraniach, którzy pokrzykując rozeszli się po zamglonym i mokrym lesie. Wszystko skrywała mgła...
W mieście szlaczki tego samego koloru zaczęły rozchodzić się we wszystkich kierunkach, po pokonaniu jakiegoś kilometra, zdecydowaliśmy się zapytać o drogę. Pan okazał się bardzo sympatyczny: nieco zdziwiony, iż zamierzamy przejść w deszczu taaaaaaaki kawał drogi (jakieś 3 kilometry...).
Dom Wycieczkowy "Harcówka" mieści się na górce w Parku Sobieskiego (dużo liści, panowie z napojami rozgrzewającymi...)
Jest to bardzo dziwne miejsce. Zresztą .......
Weszliśmy do środka mokrzy i zmęczeni, odziani w turystyczne ciuszki, ubłoceni. Wszyscy zamilkli i obserwowali. Poprosiliśmy o pokój. Nie zdążyliśmy wejść do góry, a pan krzycząc domagał się dokumentów. Nieprzyjemnie zaskoczona i niezmiernie zdziwiona zeszłam na dół, zapłaciłam (tego również się dopraszano - nie uwzględniono zniżek pttk-owskich). Po ciepłym posiłku składającym się z pierogów wyruszyliśmy na małe zakupy.
Po powrocie znowu wszyscy nas obserwowali... Ale to nic. Najciekawszych wrażeń dostarczył nam wygląd "Harcówki". Recepcja, bar i ogólnie pierwsza sala składała się z baru (imitowanego na stary i bogato zaopatrzonego w alkohole), stolików, krzeseł, dwóch foteli i płonącego kominka. Na półpiętrze stała kanapa przykryta błękitną, błyszczącą i falbaniastą atłasową narzutą. W łazience, na samej górze, klapa od toalety spadała i trzeba było przytrzymywać ją kolanem lub plecami - w zależności od płci.
Natomiast w pokoju najciekawsza oprócz starego odbiornika radiowego marki "Sudety" była KLIMATYZACJA!!! Tak, wiem, żyjemy w Polsce i coś tak luksusowego jak klimatyzacja w Domu Wycieczkowym nadal nas zadziwia... A wyglądało ona tak: nad drzwiami (ich wysokość jakieś 160 cm) wykuta była dziura, z której wystawało COŚ. Tak, to nie przypominało nic, co mogłabym opisać... W każdym razie było srebrne, zakończone czymś skudłaczonym, barwy cegły...
A przez to, tak racja, mhm, wylatywało ciepłe powietrze!!!!!!!!!!!!!!!!!! Hurra! Czego to człowiek nie pozna w podróży?!
Przez kolejną godzinę umierałam ze śmiechu patrząc w tamtą stronę...
A to jeszcze nie koniec! Nad małym okienkiem umieszczony był karnisz z firanką. Tatuś, chcąc wyjrzeć przez nie, bezwiednie odsunął firankę i w tym momencie, ups, karnisz... spadł... Okazało się bowiem, że był on oparty na dwóch gwoździkach, bo przecież kto by tam chciał podziwiać widoczki za oknem? W takim miejscu...
Po południu tato zszedł na dół, usiąść przy kominku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, popijaliśmy wystawne trunki, słuchaliśmy nastrojowej muzyczki, obserwowaliśmy ludzi przychodzących na różnorodne spotkania...
I dając ponieść się nastrojowi i beznadziejnej pogodzie za ścianami ciepłej "Harcówki" podjęliśmy decyzję - następnego dnia nie idziemy w góry, tylko zwiedzamy Wałbrzych.
Późnym wieczorkiem wróciliśmy do pokoju, wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy ciasto, popodziwialiśmy cudowną, nocną panoramkę Wałbrzycha i poszliśmy spać.
Wstajemy! Tatuś wygląda za okno, a tam... śliczna pogoda! Chwila na podjęcie męskiej decyzji - wyruszamy zdobywać Borową! Błyskawiczne pakowanie, śniadanko, poranne ablucje i w drogę!
Przy okazji dowiedzieliśmy się, że bar otwierany jest o dwunastej w południe, a właściciela nie ma. Jakiś pracownik techniczny zabrał klucz, oddał dokumenty i tyle.
Pogoda rzeczywiście wspaniała - chłodny, ale słoneczny jesienny ranek, wprost idealny do wędrówki.
Szliśmy lasami (napotkaliśmy jakieś tajemnicze wykopy), oswajaliśmy się ze zwierzątkami: niedźwiadkami, kozłami a ja złapałam nawet zajączka!
Podejścia, zwłaszcza niektóre, były strome (miały ok.80 stopniowe nachylenie).
Ale główny cel, dzień wcześniej stojący pod wielkim znakiem zapytania- a mianowicie, zdobycie najwyższego szczytu Gór Wałbrzyskich- został osiągnięty. Borowa zdobyta!
Szybko zeszliśmy ładną drogą do Wałbrzycha. Zrobiliśmy krótki postój w sklepie (pić!!!) i poszliśmy na dworzec.
W mieście byliśmy atrakcją turystyczną! Dzieci wytykały nas palcami, matki mówiły swoim pociechom: "To właśnie są turyści", a jeszcze inni patrzyli na nas z otwartymi buziami...
Im dłużej jeżdżę, tym bardziej zgadzam się ze stwierdzeniem, że: "Podróże kształcą".
Ciekawe, co jeszcze nas spotka i czego jeszcze się dowiem?...

Tekst - Gacia
Foto - Kubuś