09.06.2004 - 13.06.2004
Sudety - Góry Kaczawskie - Wycieczki Gaci i Kubusia

I dzień
Wojcieszów Górny - Radzimowice - Mysłów - Płonina - Turzec - Ołowiana - Janowice Wielkie
II dzień
Wojcieszów - Przełęcz Komarnicka - Baraniec - Skopiec - Przełęcz nad Kobyłą - Kapella (przystanek PKS)
III dzień
Jelenia Góra - Wleń -Tarczyn - Babiniec - Orzechowice - Okole - Kapella (przystanek PKS)


Opis szlaku
I dzień
Wycieczkę zaczynamy od przystanku PKS w Wojcieszowie. Przechodzimy przez szosę i już stoimy na wąskiej ścieżce, którą poprowadzony został szlak niebieski. Obchodzimy górę Miłek, która objęta jest rezerwatem. Niestety, wygodna ścieżka kończy się kilka metrów za tajemniczym, obudowanym źródełkiem. Brniemy przez trawę sięgającą powyżej kolan. Tylko momentami widać pozostałości drogi pamiętającej lepsze, dawne czasy...
Po krótkim czasie dochodzimy do drogi polnej, którą kierujemy się w dół. W ten sposób znaleźliśmy się na szlaku żółtym, w Mysłowie. Główną (i chyba jedyną) szosą przechodzimy całą wieś. Na końcu jednakże przeżywamy małą rozterkę. Okazuje się, że najprawdopodobniej szlak biegnie przez prywatne podwórko. Rzeczywiście, wkrótce dowiadujemy się, że nasze przypuszczenia są słuszne. Potykając się o różne zwierzątka, pod czujnym okiem czarnego psa, wylegującego się na schodach, i stroniąc od gęsi, wychodzimy poza obszar prywatny.
Przekraczamy bardzo ruchliwą szosę E-65 i parę kroków dalej odbijamy w prawo. Od tego momentu na dość długi czas możemy zapomnieć o szlaku i jakiejkolwiek drodze. Idąc zarośniętym rowem, walcząc z kłującymi krzewami i trawą, sięgającą prawie czubka mojej głowy, mijamy ruiny starego wapiennika. Po pewnym czasie odnajdujemy szlak i spokojnie schodzimy do Płoniny. Jest to sympatyczna miejscowość z ruinami sporego zamku "Niesytno". Niestety, z powodu braku czasu nie zachodzimy tam.
W Płoninie zmieniamy kolor szlaku na zielony, którym poruszamy się do końca dnia. Odbijamy z szosy w lewo i docieramy do Częstocina. I tutaj, ponownie pojawia się mały dylemat: droga oznakowana prowadzi na ogrodzony teren prywatny. W związku z tym postanawiamy iść jeszcze kilka metrów szosą. Następnie skręcamy w prawo jakimś rozjeżdżonym traktem. W ten sopsób, po krótkim, ale konkretnym podejściu, znajdujemy się w masywie Gór Ołowianych w okolicach Turzca (684 m.n.p.m.) Wreszcie znajdujemy zielone znaczki, według których bez problemu schodzimy do Janowic Wielkich i wracamy do Jeleniej Góry.
Trasa wyniosła ok. 5h.

II dzień
Z autobusu wysiadamy w Wojcieszowie (na ulicy B.Chrobrego) i po kilku krokach znajdujemy się na szlaku żółtym. Przechodzimy pod starym wiaduktem kolejowym i zaczynamy dość żmudne podejście asfaltem. Po krótkiej wędrówce napotykamy (z lewej strony) Wojcieszowskie Zakłady Przemysłu Wapienniczego. (Najczęściej unoszą się nad nimi chmury białego pyłu.) Przez cały czas idziemy prosto, żółtym szlakiem. Na granicy lasu pojawia się rozdroże - wybieramy drogę, która wiedzie do lasu. Teren nasuwa skojarzenie wygodnej drogi parkowej. I w ten oto sposób, bez żadnego zmęczenia dochodzimy do Przełęczy Komarnickiej. Otoczona jest ona kilkoma niewysokimi, łagodnymi górkami - jak się okazuje- koroną Gór Kaczawskich. Po prawej stronie znajduje się Folwarczna, a po lewej Baraniec i Skopiec. Nie podaję ich wysokości, są one niejasne - wahają się od 716 do 721 m.n.p.m.. Obecnie Skopiec uznawany jest za najwyższy szczyt Gór Kaczawskich.
Na przełęczy pojawia się drobny problem z oznakowaniem. Nie należy się tym przejmować tylko skręcić w lewo (polna droga). U podnóża Barańca napotykamy niebieskie znaczki, po czym wąziutką ścieżką zdobywamy szczyt. Jest on zarośnięty, a więc brak widoków. Natomiast można sobie "strzelić" pamiątkową fotkę przy wieży RTV. Schodząc, kierujemy się w prawo. Po kilkunastu minutach stoimy na przełęczy pod Skopcem przy pięknym, dorodnym, czerwonym buku. Po kilku minutach podejścia (prawie niezauważalnego) jesteśmy na Skopcu. Tak jak w poprzednim przypadku - pełne zalesienie i żadnych widoczków. Schodzimy do buka i dalej na Przełęcz Komarnicką. Skręcamy w lewo. Nastepnie, kiedy po lewej stronie będziemy mieli gospodarstwo ze stawkiem, odbijamy małą ścieżką w prawo. Skrajem pól i lasów wędrujemy... Mijamy duże ruiny - cegła, przewody, okna wysokości dwóch pięter...Osamotniałe, puste pośród gór... Dalej już dochodzimy do przystanku na Kapelli. Trasa w całości zajmuje ok.4h.

III dzień
We Wleniu odnajdujemy szlak żółty i mijając "Pałac Wleń"- były dom wypoczynkowy, zaczynamy podejście w stronę Tarczyna. Do wioski szlak wiedzie wąską, asfaltową szosą, rzadko używaną. Na końcu wioski (standardowo już) pojawia się mała niedogodność - szlak zanika. Należy obejść ogrodzone pastwisko i kierować się w lewo. Dochodzimy wtedy do drogi, którą biegnie szlak. Następnie swobodnie przechodzimy zboczem Babińca i po niedługim marszu znajdujemy się w Orzechowicach. Idąc dalej napotykamy szlak niebieski -wstępujemy na niego i poruszamy się nim do końca wycieczki. Mijamy różnorakie grupy skalne (niestety, w terenie leśnym, nie odkrytym), spotykamy ponownie szlak żółty i kierując się żółto-niebieskim wchodzimy na Okole (714m.n.p.m). Jest to miły, odsłonięty i pokryty skałami szczyt. Przy dobrej pogodzie rozległe widoki. Schodzimy szlakiem niebieskim - jest to jeden z bardziej uroczych odcinków opisanej trasy. Po krótkim czasie dochodzimy do Rozdroża Chrośnickiego. Skręcamy w lewo, dochodzimy do szosy 365 i po przejściu ok. 1km jesteśmy na przystanku. Trasa zajmuje ok.5h.

 

Reportaż
Od początku wyjazd ten zapowiadał się ciekawie.
Pomysł wypadu w Góry Kaczawskie narodził się około półtora roku temu. Ponieważ do mnie należała kwestia organizacji - siadam przy telefonie, wybieram numer i po chwili słyszę w słuchawce: "Nie ma takiego numeru" albo "Połączenie nie może być zrealizowane". Próbowałam kilka razy, ale zawsze z takim samym rezultatem. Tato nie uwierzył w moją opowieść tylko stwierdził, że nie chcę tam jechać. Efektem końcowym tego procesu był pobyt w Górach Wałbrzyskich.
W tym roku uparty Tato stwierdził: "Jedziemy w końcu w Kaczawy!", i sam usadowił się przy telefonie. Co nastąpiło? Powtórka z rozrywki!!! Telefon odebrano w dwóch miejscach: jedno okazało się gospodarstwem (ale nie agroturystycznym), a w drugim powiedziano Tacie, że niestety, pan już ma komplet gości i nie dysponuje wolnymi miejscami. (byliśmy tam później - jakoś ludzi brak...)
W tym momencie powinno paść nieśmiertelne: "A nie mówiłam?!". Powstrzymałam się jednak i grzecznie zapytałam: " i co teraz?"
Po długim namyśle, jako że mieliśmy do dyspozycji 5 dni (9 - 13.06.2004), został wybrany wariant z Jelenią Górą, spaniem w "Bartku" i codziennymi dojazdami w interesujące nas okolice.
Nieusatysfakcjonowani takim obrotem sprawy pakujemy co trzeba i ruszamy w podróż.
Pośpiech relacji Szczecin - Przemyśl okazał się zapełniony, towarzystwo w przedziale (oprócz Taty, oczywiście) nudne. Nie miałam nic do czytania, bo mój Rodzic stwierdził autorytatywnie, że mam odpoczywać, a nie męczyć oczy... Ku mojej radości wreszcie dojechaliśmy do Wrocławia, gdzie przesiadamy się, aby spokojnie osobówką zajechać do Jeleniej Góry.
Zaraz, zaraz: spokojnie? Przynajmniej przez pierwszą część podróży - to tylko marzenie. Na dworze bardzo gorąco, wręcz upalnie i duszno, nagrzany pociąg, płaczące dziecko obok, śmierdzący pan za nami, a obok mnie pani z foliową siatką truskawek... Pani po chwili nudzi się trzymanie jej w ręce, i wpada na genialny pomysł - mianowicie wiesza truskawki na haczyku przy oknie, - po stronie przeciwnej do biegu pociągu. Lokomotywa ruszyła... a woreczek zaczął wydawać chrzęszczące dźwięki, bardzo przeszkadzające!!! Biedny Tato usiłował drzemać, ale nie bardzo mu to wychodziło. Kiedy tylko zrobiło się wolne miejsce w dalszej części naszego środka lokomocji, bezzwłocznie się przesiedliśmy.
W Jeleniej Górze jesteśmy ok. 16.00. Do otwarcia schroniska pozostała godzina, wobec czego idziemy na obiad i małą rundkę po rynku. Z reguły, będąc w Jeleniej jadamy w "Relaksie", jednak na tym wyjeździe z powodów oszczędnościowych decydujemy się na wspaniały, tradycyjny bar mleczny "Karzełek". Wchodzimy do pustego baru, w menu kilka pozycji. Tato stwierdza, że niewiele się zmieniło przez 30 lat, i zaczynamy zamawiać. Okazuje się, że co proszę o jakieś danie, to: "nie ma". Przygnębiona i zdegustowana decyduję się na rybę i ku mojemu zaskoczeniu pani mówi: "jest"! Sięga do zamrażarki i wyciąga coś rybnego z lodowej czeluści, podaje to coś kucharce ze słowami: "porcja mintaja"! I nagle okazuje się, że mintaj jest nieobecny, a to co pani kasjerka trzyma w dłoni stanowi własność szefa. Bardziej rozbawiona niż zła pytam, co jest i dostaję zupę pomidorową, gołąbka z ziemniakami i sosem pieczeniowym. Zupa smakuje dobrze, sos też, gołąbek trochę gorzej, natomiast ziemniaki zmieniły się w porcję gęstego kleju o smaku kleju z domieszką zimnego ziemniaka... Tato, który zachęcał mnie do konsumpcji, po spróbowaniu "pyrek" skrzywił się i usłyszałam: "To zjedz już tylko tego gołąbka, córko...". z ulgą wyszłam z "Karzelka", ustawiłam się do zdjęcia pamiątkowego i postanowiłam jeść zupki chińskie - byle nie tam.
Troszkę zmęczeni z przyjemnością myślimy o ciepłej herbatce w "Bartku", wyciągnięciu nóg na łóżku i wieczornym spacerze... Okazuje się jednak, że to tylko słodkie marzenia. Bowiem w schronisku PTSM "Bartek" w Jeleniej Górze, pomimo tego, że minęła 17 wyproszono nas, gdyż gospodarze musieli odebrać prześcieradła z pralni dla grupy mającej przyjechać następnego dnia. Skrzywiliśmy się w odpowiedni sposób i zostawiając bagaże, wybraliśmy się na wieczorny spacer po południu.
Po powrocie zrobiliśmy kolację, małe mytko, Tato zmusił mnie do wyłączenia telefonu, i spanko - bo muszę spać odpowiednią ilość czasu, a następnego dnia trzeba wcześnie wstać.
Mmm... śpię sobie przyjemnie.... około 6 rano... A tu nagle pod oknem słyszę jakiś głośny "jazgot" (przepraszam za określenie, ale w inny cywilizowany sposób nie można tego określić...) No tak, przyjechała "grupa". Tak dziwnej grupy jeszcze nie spotkałam. W grupie funkcjonowało kilku kierowników: od kawy (pani , która mnie obudziła rano, wszystkim robiła kawę), od miejsca, od przewodnika itp. Natychmiast zrobiło się głośno i tłoczno, a my uciekliśmy na autobus do Wojcieszowa. Kierowca okazał się miłym człowiekiem i nawet powiedział nam, na którym przystanku mamy wysiąść. Jadąc autobusem podziwiałam okolice. Dawno nie byłam w tak miłych, cichych miejscach. Wioski położone w terenie górzystym, spokój, zieleń, widoki, spokojne tempo życia... od razu zaczęłam marzyć o jakiejś starej chałupce z duszą, psach, haftowanej pościeli, praniu na świeżym powietrzu, pokoju dziennym z widokiem na góry... Wyrwana ze świata fantazji stanęłam przed "Górą Miłka" i wróciłam do rzeczywistości (ale z pewnością nie szarej). Pogoda nasuwała mi skojarzenia z klimatem tropikalnym - mało słońca, duszno, wilgotno. Coś okropnego. Nie jest ona jednak zależna od nas i pomimo niesmaku, jaki w nas wywołała, postanowiliśmy nie poddać się jej i dojść, tak jak zaplanowaliśmy, do Janowic. Ja, niepomna na las i paprocie, rozebrałam się do krótkich spodenek i lekkiej koszulki, zarzuciłam plecak, chwyciłam kijki i w drogę! Po bardzo krótkim odcinku drogi, zatrzymaliśmy się przy wejściu, na którym zaznaczono znak kopalni, a na mapie opisane zostało jako źródełko, zrobiłam minę do fotki i ... zauważyłam kleszcza!!! Tato go szybko unieszkodliwił, a ja w rekordowo szybkim tempie dopięłam długie nogawki i zaciągnęłam długi rękaw. Gorąco... Z pełną świadomością wolałam się pocić niż narażać na dzikie insekty... Szło się nam rewelacyjnie (oprócz pogody - bo w tym aspekcie męczyliśmy się bardzo), widoczki ładne, okolice zielone - mocna, soczysta zieleń, w tłumionym burzowym świetle.
Idziemy raźno, momentami złorzecząc pogodzie, odkrywamy mroczne zakamarki, podziwiamy ruiny wapiennika już zarośniętego krzewami, pokrzywami i jakimś tajemniczym zielskiem. Przedzieramy się przez chaszcze wysokości człowieka, nagle z gałęzi przed nami podrywa się wielki ptak drapieżny, trzepocząc skrzydłami (niestety, nie zdążyliśmy dojrzeć jaki to gatunek). Słodki smak wędrówki - las, małe, zielone roślinki, kwiatki, pot, gorąco reszta wody płuczącej usta, gwoździe z butów wbijające się w piętę (dzięki mojej mamci)... Uwielbiam to i nie wyobrażam sobie innego życia.
Mniej więcej w połowie drogi słyszymy grzmoty - patrzymy w niebo - nad Śnieżką musi nieźle burzyć. W Płoninie siadamy pod drzewkiem, jemy kanapeczki, zapijamy herbatką i nasze myśli krążą w rejonie zimnej, gazowanej i słodkiej coli (co za amerykańskie, niezdrowe obrzydlistwo...ale tak już bywa). I znowu polną drogą, w upale... ale nie narzekamy. W jakiejś wiosce zauważamy konie - Tatko robi zdjęcie ślicznemu źrebakowi. Idziemy sobie rozmawiając, przez cały czas szlakiem, widzimy odbicie z szosy w lewo i ...stajemy przed ogrodzonym "pastuchem" pastwiskiem dla krów. Krótka chwila namysłu - nie decydujemy się na czołganie, tylko postanawiamy obejść teren prywatny i później, już na grzbiecie Gór Ołowianych odnaleźć szlak.
Podejście, drogą wyjeżdżoną przez traktor doprowadza mnie do rozpaczy - chce mi się pić, jest gorąco, nie ma czym oddychać i już bym gdzieś usiadła...
Po krótkim spacerze na wyczucie pojawia się szlak, po chwili wiemy (w przybliżeniu) gdzie jesteśmy, znajdujemy miłą polankę z soczystą kłującą trawą i odbywamy sjestę. Krótki rzut oka na zegarek - ups... Trzeba się zbierać, bo nam pociąg z Janowic ucieknie. Na dole pijemy (a raczej łykamy) szybko zimną colę, w świeżo zrobionej, mającej swój własny styl knajpce dworcowej (kamienne fontanny, krzesła z poczekalni, dym papierosowy, na ścianach pejzaże i skóry, barwy dominujące - czerń i zieleń) i biegniemy na peron. Niepotrzebnie - pociąg ma kilkunastominutowe opóźnienie. Ale to przecież normalne w naszym kraju...kto z nas tego nie przeżył.
W Jeleniej Górze idziemy na zupę do "Relaksu" i zmoczeni deszczem wracamy do "Bartka". W schronisku cisza - "grupa" odsypia wycieczkę na Chojnik. Wszyscy są bardzo zmęczeni i wyziębieni (Himalaje na Chojniku , czy jak?), a my się suszymy...(ach, ta wrodzona złośliwość).
W "Bartku" zaszły pewne pozytywne zmiany: mianowicie, wyprane poduszki i czyste koce, ale podłoga się klei, drzwi wypadają z futryny. Po szybkiej kolacyjce idę pod prysznic. Na szczęście nie muszę czekać, bo panie się jeszcze nie obudziły. Sprawdzam stopy - wszystko ok. jednak dobre buty to skarb, nawet , kiedy są bardzo zniszczone i bez wkładek (bo zabrała je sobie mamcia). Zasypiam .... Już,... nie! Grupie zebrało się na zabawę... I tak do rana.... O, kierowca się upił i hałasuje... Ooo... ranek. W nienajlepszych nastrojach, szybciuteńko wychodzimy, po drodze wysłuchując przeprosin gospodarzy.
Dziś mamy zdobyć dwa najwyższe szczyty Gór Kaczawskich: Skopca i Barańca. Jedynie to poprawia nam humor. Znów wysiadka w Wojcieszowie, małe zakupy, tradycyjnie już parę zdjęć i w górę. Idzie się gorzej niż dnia poprzedniego. Mijamy "fabrykę' nawozów azotowych (wszystko tonie w białym pyle, łącznie z nami) oraz wielkie ciężarówki zwożące piach. Szybciutko wchodzimy na Barańca, zalesiona górka z nadajnikiem. Ale za to później przepiękny widok na Kotlinę Jeleniogórską, Karkonosze, Góry Sokole i Skalnik. Zdobycie Skopca przebiega równie szybko, to zarośnięta i zabrudzona końskim nawozem górka, żadnych widoczków, wierzchołek tonie w gęstych krzaczkach, robimy tylko zdjęcie dowodowe i schodzimy. Szlak, którym idziemy jest uroczy (inaczej nie potrafię go opisać). Czasami trzeba szukać ścieżki, bo tonie w kwitnących krzewach i trawie. Zieleń oświetlona południowym słońcem... Nagle naszym oczom ukazują się ruiny. Bardzo dziwne ruiny - cegła, wysokie, szczególnie fascynujące są okna - ok. 2 kondygnacji, z boku pozostałości po innym budynku. Nie potrafimy oprzeć się ciekawości i schodzimy niżej - widzimy przewody kominowe, resztki instalacji... Interesujące, komu potrzebne coś takiego na odludziu? Daleko od miasta i wsi, brak drogi dojazdowej...
Zmęczeni bardziej niż poprzedniego dnia, wsiadamy w autobus i wracamy do Jeleniej Góry. Tam szalejemy. Kupujemy truskawki, słodycze, idziemy na ogromny obiad (którego, oczywiście nie zjadam w całości) i wracamy do "Bartka". Grupa własnie szykuje się do odwiedzin hipermarketu "Tesco". (nie ma co robić w Jeleniej, Tesco widac stanowi lubiany obiekt! - przyszli przewodnicy zapamiętajcie, przyda Wam się w pracy...). wracają z piwem i kiełbaskami na grila. I znowu wysłuchujemy ciekawych dyskusji pod naszym oknem - np.: szaszłyk na Chojniku kosztuje 75 złotych, a pod Śnieżką są dwie Kopy (chyba mała i duża...) itp.
Zasypiam, udaje się... ha... ha... ha!!! Budzę się - ze snu wyrwał mnie donośny rechot jakiejś kobiety... i powtórka z rozrywki... Bez budzika wiem, że to 6.30 - grupa idzie na śniadanie. Za oknem mokro i szaro - chociaż nie będzie gorąco. W dobrych nastrojach jedziemy do Wlenia i nie tracąc czasu (będziemy tu jutro) ruszamy na szlak. Po drodze kupujemy dworek (w myślach, niestety), a Tato cofa się ok. 2km po mapę. Czekam pożerając landrynki.
W ciągu całego dnia przechodzimy przez małe wioski, pola, aż w końcu wychodzimy na Okole - wreszcie skałki, cudowne kamloty na szczycie a przed nami Łysa Góra... i deficyt w kanapkach. Wylegujemy się jak koty w słońcu, wreszcie musimy schodzić, bo nie zdążymy na autobus. Nie zdążyliśmy. Tato nie spojrzał na mapę, zamiast w lewo, poszliśmy w prawo... Do Jeleniej ok. 14km, autobusu brak przez 3 godziny. Idziemy pieszo. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie cieszyłam widząc tabliczkę "Jelenia Góra". Jeszcze tylko makaron, herbatka i spać. Nawet się nie budzę do rana. Sukces.
Standardowo pobudka o 6.30, chwila na przebudzenie, powrót grupy ze śniadania i chaos związany z wyjazdem. Dawno nie widzieliśmy tak niezdyscyplinowanej grupy. Na dodatek dorosłej. Koszmar. Nie wspominając o kulturze osobistej tej grupy - a raczej o jej braku. Przyjechali spod Torunia, nie wiem niestety, skąd dokładnie. Gospodarze, pomimo bulwersującego zachowania "grupy" w schronisku młodzieżowym nie okazali się skuteczni.
My, spakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy kolejką do Wlenia. Tato robił zdjęcia malutkim stacyjkom, podziwialiśmy Jezioro Pilchowickie i zaporę. Zwiedziliśmy Wleń, zrobiliśmy zdjęcia, wróciliśmy do Jeleniej, zjedliśmy ostatni obiad w "Relaksie" - pani szatniarka sterroryzowała restaurację i oglądaliśmy mszę transmitowaną z Lichenia. Potem wsiedliśmy w zatłoczony autobus i wróciliśmy do domu.

Tekst i rysunki - Gacia
Foto - Kubuś