09.06.2004 - 13.06.2004
Sudety - Góry Kaczawskie - Wycieczki Gaci i Kubusia
I dzień
Wojcieszów Górny - Radzimowice - Mysłów - Płonina - Turzec - Ołowiana
- Janowice Wielkie
II dzień
Wojcieszów - Przełęcz Komarnicka - Baraniec - Skopiec - Przełęcz nad
Kobyłą - Kapella (przystanek PKS)
III dzień
Jelenia Góra - Wleń -Tarczyn - Babiniec - Orzechowice - Okole - Kapella
(przystanek PKS)

Opis
szlaku II dzień III dzień Reportaż Od początku wyjazd ten zapowiadał się ciekawie. Pomysł wypadu w Góry Kaczawskie narodził się około półtora roku temu. Ponieważ do mnie należała kwestia organizacji - siadam przy telefonie, wybieram numer i po chwili słyszę w słuchawce: "Nie ma takiego numeru" albo "Połączenie nie może być zrealizowane". Próbowałam kilka razy, ale zawsze z takim samym rezultatem. Tato nie uwierzył w moją opowieść tylko stwierdził, że nie chcę tam jechać. Efektem końcowym tego procesu był pobyt w Górach Wałbrzyskich. W tym roku uparty Tato stwierdził: "Jedziemy w końcu w Kaczawy!", i sam usadowił się przy telefonie. Co nastąpiło? Powtórka z rozrywki!!! Telefon odebrano w dwóch miejscach: jedno okazało się gospodarstwem (ale nie agroturystycznym), a w drugim powiedziano Tacie, że niestety, pan już ma komplet gości i nie dysponuje wolnymi miejscami. (byliśmy tam później - jakoś ludzi brak...) W tym momencie powinno paść nieśmiertelne: "A nie mówiłam?!". Powstrzymałam się jednak i grzecznie zapytałam: " i co teraz?" Po długim namyśle, jako że mieliśmy do dyspozycji 5 dni (9 - 13.06.2004), został wybrany wariant z Jelenią Górą, spaniem w "Bartku" i codziennymi dojazdami w interesujące nas okolice. Nieusatysfakcjonowani takim obrotem sprawy pakujemy co trzeba i ruszamy w podróż. Pośpiech relacji Szczecin - Przemyśl okazał się zapełniony, towarzystwo w przedziale (oprócz Taty, oczywiście) nudne. Nie miałam nic do czytania, bo mój Rodzic stwierdził autorytatywnie, że mam odpoczywać, a nie męczyć oczy... Ku mojej radości wreszcie dojechaliśmy do Wrocławia, gdzie przesiadamy się, aby spokojnie osobówką zajechać do Jeleniej Góry. Zaraz, zaraz: spokojnie? Przynajmniej przez pierwszą część podróży - to tylko marzenie. Na dworze bardzo gorąco, wręcz upalnie i duszno, nagrzany pociąg, płaczące dziecko obok, śmierdzący pan za nami, a obok mnie pani z foliową siatką truskawek... Pani po chwili nudzi się trzymanie jej w ręce, i wpada na genialny pomysł - mianowicie wiesza truskawki na haczyku przy oknie, - po stronie przeciwnej do biegu pociągu. Lokomotywa ruszyła... a woreczek zaczął wydawać chrzęszczące dźwięki, bardzo przeszkadzające!!! Biedny Tato usiłował drzemać, ale nie bardzo mu to wychodziło. Kiedy tylko zrobiło się wolne miejsce w dalszej części naszego środka lokomocji, bezzwłocznie się przesiedliśmy. W Jeleniej Górze jesteśmy ok. 16.00. Do otwarcia schroniska pozostała godzina, wobec czego idziemy na obiad i małą rundkę po rynku. Z reguły, będąc w Jeleniej jadamy w "Relaksie", jednak na tym wyjeździe z powodów oszczędnościowych decydujemy się na wspaniały, tradycyjny bar mleczny "Karzełek". Wchodzimy do pustego baru, w menu kilka pozycji. Tato stwierdza, że niewiele się zmieniło przez 30 lat, i zaczynamy zamawiać. Okazuje się, że co proszę o jakieś danie, to: "nie ma". Przygnębiona i zdegustowana decyduję się na rybę i ku mojemu zaskoczeniu pani mówi: "jest"! Sięga do zamrażarki i wyciąga coś rybnego z lodowej czeluści, podaje to coś kucharce ze słowami: "porcja mintaja"! I nagle okazuje się, że mintaj jest nieobecny, a to co pani kasjerka trzyma w dłoni stanowi własność szefa. Bardziej rozbawiona niż zła pytam, co jest i dostaję zupę pomidorową, gołąbka z ziemniakami i sosem pieczeniowym. Zupa smakuje dobrze, sos też, gołąbek trochę gorzej, natomiast ziemniaki zmieniły się w porcję gęstego kleju o smaku kleju z domieszką zimnego ziemniaka... Tato, który zachęcał mnie do konsumpcji, po spróbowaniu "pyrek" skrzywił się i usłyszałam: "To zjedz już tylko tego gołąbka, córko...". z ulgą wyszłam z "Karzelka", ustawiłam się do zdjęcia pamiątkowego i postanowiłam jeść zupki chińskie - byle nie tam. Troszkę zmęczeni z przyjemnością myślimy o ciepłej herbatce w "Bartku", wyciągnięciu nóg na łóżku i wieczornym spacerze... Okazuje się jednak, że to tylko słodkie marzenia. Bowiem w schronisku PTSM "Bartek" w Jeleniej Górze, pomimo tego, że minęła 17 wyproszono nas, gdyż gospodarze musieli odebrać prześcieradła z pralni dla grupy mającej przyjechać następnego dnia. Skrzywiliśmy się w odpowiedni sposób i zostawiając bagaże, wybraliśmy się na wieczorny spacer po południu. Po powrocie zrobiliśmy kolację, małe mytko, Tato zmusił mnie do wyłączenia telefonu, i spanko - bo muszę spać odpowiednią ilość czasu, a następnego dnia trzeba wcześnie wstać. Mmm... śpię sobie przyjemnie.... około 6 rano... A tu nagle pod oknem słyszę jakiś głośny "jazgot" (przepraszam za określenie, ale w inny cywilizowany sposób nie można tego określić...) No tak, przyjechała "grupa". Tak dziwnej grupy jeszcze nie spotkałam. W grupie funkcjonowało kilku kierowników: od kawy (pani , która mnie obudziła rano, wszystkim robiła kawę), od miejsca, od przewodnika itp. Natychmiast zrobiło się głośno i tłoczno, a my uciekliśmy na autobus do Wojcieszowa. Kierowca okazał się miłym człowiekiem i nawet powiedział nam, na którym przystanku mamy wysiąść. Jadąc autobusem podziwiałam okolice. Dawno nie byłam w tak miłych, cichych miejscach. Wioski położone w terenie górzystym, spokój, zieleń, widoki, spokojne tempo życia... od razu zaczęłam marzyć o jakiejś starej chałupce z duszą, psach, haftowanej pościeli, praniu na świeżym powietrzu, pokoju dziennym z widokiem na góry... Wyrwana ze świata fantazji stanęłam przed "Górą Miłka" i wróciłam do rzeczywistości (ale z pewnością nie szarej). Pogoda nasuwała mi skojarzenia z klimatem tropikalnym - mało słońca, duszno, wilgotno. Coś okropnego. Nie jest ona jednak zależna od nas i pomimo niesmaku, jaki w nas wywołała, postanowiliśmy nie poddać się jej i dojść, tak jak zaplanowaliśmy, do Janowic. Ja, niepomna na las i paprocie, rozebrałam się do krótkich spodenek i lekkiej koszulki, zarzuciłam plecak, chwyciłam kijki i w drogę! Po bardzo krótkim odcinku drogi, zatrzymaliśmy się przy wejściu, na którym zaznaczono znak kopalni, a na mapie opisane zostało jako źródełko, zrobiłam minę do fotki i ... zauważyłam kleszcza!!! Tato go szybko unieszkodliwił, a ja w rekordowo szybkim tempie dopięłam długie nogawki i zaciągnęłam długi rękaw. Gorąco... Z pełną świadomością wolałam się pocić niż narażać na dzikie insekty... Szło się nam rewelacyjnie (oprócz pogody - bo w tym aspekcie męczyliśmy się bardzo), widoczki ładne, okolice zielone - mocna, soczysta zieleń, w tłumionym burzowym świetle. Idziemy raźno, momentami złorzecząc pogodzie, odkrywamy mroczne zakamarki, podziwiamy ruiny wapiennika już zarośniętego krzewami, pokrzywami i jakimś tajemniczym zielskiem. Przedzieramy się przez chaszcze wysokości człowieka, nagle z gałęzi przed nami podrywa się wielki ptak drapieżny, trzepocząc skrzydłami (niestety, nie zdążyliśmy dojrzeć jaki to gatunek). Słodki smak wędrówki - las, małe, zielone roślinki, kwiatki, pot, gorąco reszta wody płuczącej usta, gwoździe z butów wbijające się w piętę (dzięki mojej mamci)... Uwielbiam to i nie wyobrażam sobie innego życia. Mniej więcej w połowie drogi słyszymy grzmoty - patrzymy w niebo - nad Śnieżką musi nieźle burzyć. W Płoninie siadamy pod drzewkiem, jemy kanapeczki, zapijamy herbatką i nasze myśli krążą w rejonie zimnej, gazowanej i słodkiej coli (co za amerykańskie, niezdrowe obrzydlistwo...ale tak już bywa). I znowu polną drogą, w upale... ale nie narzekamy. W jakiejś wiosce zauważamy konie - Tatko robi zdjęcie ślicznemu źrebakowi. Idziemy sobie rozmawiając, przez cały czas szlakiem, widzimy odbicie z szosy w lewo i ...stajemy przed ogrodzonym "pastuchem" pastwiskiem dla krów. Krótka chwila namysłu - nie decydujemy się na czołganie, tylko postanawiamy obejść teren prywatny i później, już na grzbiecie Gór Ołowianych odnaleźć szlak. Podejście, drogą wyjeżdżoną przez traktor doprowadza mnie do rozpaczy - chce mi się pić, jest gorąco, nie ma czym oddychać i już bym gdzieś usiadła... Po krótkim spacerze na wyczucie pojawia się szlak, po chwili wiemy (w przybliżeniu) gdzie jesteśmy, znajdujemy miłą polankę z soczystą kłującą trawą i odbywamy sjestę. Krótki rzut oka na zegarek - ups... Trzeba się zbierać, bo nam pociąg z Janowic ucieknie. Na dole pijemy (a raczej łykamy) szybko zimną colę, w świeżo zrobionej, mającej swój własny styl knajpce dworcowej (kamienne fontanny, krzesła z poczekalni, dym papierosowy, na ścianach pejzaże i skóry, barwy dominujące - czerń i zieleń) i biegniemy na peron. Niepotrzebnie - pociąg ma kilkunastominutowe opóźnienie. Ale to przecież normalne w naszym kraju...kto z nas tego nie przeżył. W Jeleniej Górze idziemy na zupę do "Relaksu" i zmoczeni deszczem wracamy do "Bartka". W schronisku cisza - "grupa" odsypia wycieczkę na Chojnik. Wszyscy są bardzo zmęczeni i wyziębieni (Himalaje na Chojniku , czy jak?), a my się suszymy...(ach, ta wrodzona złośliwość). W "Bartku" zaszły pewne pozytywne zmiany: mianowicie, wyprane poduszki i czyste koce, ale podłoga się klei, drzwi wypadają z futryny. Po szybkiej kolacyjce idę pod prysznic. Na szczęście nie muszę czekać, bo panie się jeszcze nie obudziły. Sprawdzam stopy - wszystko ok. jednak dobre buty to skarb, nawet , kiedy są bardzo zniszczone i bez wkładek (bo zabrała je sobie mamcia). Zasypiam .... Już,... nie! Grupie zebrało się na zabawę... I tak do rana.... O, kierowca się upił i hałasuje... Ooo... ranek. W nienajlepszych nastrojach, szybciuteńko wychodzimy, po drodze wysłuchując przeprosin gospodarzy. Dziś mamy zdobyć dwa najwyższe szczyty Gór Kaczawskich: Skopca i Barańca. Jedynie to poprawia nam humor. Znów wysiadka w Wojcieszowie, małe zakupy, tradycyjnie już parę zdjęć i w górę. Idzie się gorzej niż dnia poprzedniego. Mijamy "fabrykę' nawozów azotowych (wszystko tonie w białym pyle, łącznie z nami) oraz wielkie ciężarówki zwożące piach. Szybciutko wchodzimy na Barańca, zalesiona górka z nadajnikiem. Ale za to później przepiękny widok na Kotlinę Jeleniogórską, Karkonosze, Góry Sokole i Skalnik. Zdobycie Skopca przebiega równie szybko, to zarośnięta i zabrudzona końskim nawozem górka, żadnych widoczków, wierzchołek tonie w gęstych krzaczkach, robimy tylko zdjęcie dowodowe i schodzimy. Szlak, którym idziemy jest uroczy (inaczej nie potrafię go opisać). Czasami trzeba szukać ścieżki, bo tonie w kwitnących krzewach i trawie. Zieleń oświetlona południowym słońcem... Nagle naszym oczom ukazują się ruiny. Bardzo dziwne ruiny - cegła, wysokie, szczególnie fascynujące są okna - ok. 2 kondygnacji, z boku pozostałości po innym budynku. Nie potrafimy oprzeć się ciekawości i schodzimy niżej - widzimy przewody kominowe, resztki instalacji... Interesujące, komu potrzebne coś takiego na odludziu? Daleko od miasta i wsi, brak drogi dojazdowej... Zmęczeni bardziej niż poprzedniego dnia, wsiadamy w autobus i wracamy do Jeleniej Góry. Tam szalejemy. Kupujemy truskawki, słodycze, idziemy na ogromny obiad (którego, oczywiście nie zjadam w całości) i wracamy do "Bartka". Grupa własnie szykuje się do odwiedzin hipermarketu "Tesco". (nie ma co robić w Jeleniej, Tesco widac stanowi lubiany obiekt! - przyszli przewodnicy zapamiętajcie, przyda Wam się w pracy...). wracają z piwem i kiełbaskami na grila. I znowu wysłuchujemy ciekawych dyskusji pod naszym oknem - np.: szaszłyk na Chojniku kosztuje 75 złotych, a pod Śnieżką są dwie Kopy (chyba mała i duża...) itp. Zasypiam, udaje się... ha... ha... ha!!! Budzę się - ze snu wyrwał mnie donośny rechot jakiejś kobiety... i powtórka z rozrywki... Bez budzika wiem, że to 6.30 - grupa idzie na śniadanie. Za oknem mokro i szaro - chociaż nie będzie gorąco. W dobrych nastrojach jedziemy do Wlenia i nie tracąc czasu (będziemy tu jutro) ruszamy na szlak. Po drodze kupujemy dworek (w myślach, niestety), a Tato cofa się ok. 2km po mapę. Czekam pożerając landrynki. W ciągu całego dnia przechodzimy przez małe wioski, pola, aż w końcu wychodzimy na Okole - wreszcie skałki, cudowne kamloty na szczycie a przed nami Łysa Góra... i deficyt w kanapkach. Wylegujemy się jak koty w słońcu, wreszcie musimy schodzić, bo nie zdążymy na autobus. Nie zdążyliśmy. Tato nie spojrzał na mapę, zamiast w lewo, poszliśmy w prawo... Do Jeleniej ok. 14km, autobusu brak przez 3 godziny. Idziemy pieszo. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie cieszyłam widząc tabliczkę "Jelenia Góra". Jeszcze tylko makaron, herbatka i spać. Nawet się nie budzę do rana. Sukces. Standardowo pobudka o 6.30, chwila na przebudzenie, powrót grupy ze śniadania i chaos związany z wyjazdem. Dawno nie widzieliśmy tak niezdyscyplinowanej grupy. Na dodatek dorosłej. Koszmar. Nie wspominając o kulturze osobistej tej grupy - a raczej o jej braku. Przyjechali spod Torunia, nie wiem niestety, skąd dokładnie. Gospodarze, pomimo bulwersującego zachowania "grupy" w schronisku młodzieżowym nie okazali się skuteczni. My, spakowaliśmy bagaże i pojechaliśmy kolejką do Wlenia. Tato robił zdjęcia malutkim stacyjkom, podziwialiśmy Jezioro Pilchowickie i zaporę. Zwiedziliśmy Wleń, zrobiliśmy zdjęcia, wróciliśmy do Jeleniej, zjedliśmy ostatni obiad w "Relaksie" - pani szatniarka sterroryzowała restaurację i oglądaliśmy mszę transmitowaną z Lichenia. Potem wsiedliśmy w zatłoczony autobus i wróciliśmy do domu. Tekst i rysunki - Gacia |





















































