























|
Opis
szlaku
I dzień
Stoimy na rynku we Wleniu. Ulicą Dworcową dochodzimy do kościoła św. Mikołaja i plebanii. Przez cały czas towarzyszą nam znaczki koloru zielonego i żółtego. Ulica zakręca nieco w prawo. Dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Lipową. Tutaj po prawej stronie znajduje się krzyż pokutny z oderwaną górną częścią. Skręcamy w lewo, następnie przechodzimy mostkiem nad torami kolejowymi. Zaraz za mostkiem znaczki żółte odbijają w prawo. My podążamy szlakiem zielonym, dzielnicą willową. W pewnym momencie asfaltowa droga się kończy. Znaczki prowadzą wąską ścieżką w górę. Dróżki z lewej strony bronią pozostałości barierek. Po pewnym czasie z prawej strony pojawiają się schody. Mijamy je. Kolejnymi natomiast zaczynamy podchodzić. W końcowej fazie, po lewej stronie odnajdujemy drugi krzyż pokutny. (Legenda mówi, że popełnione zostało tutaj bratobójstwo. Na krzyżu wyryto podwójne narzędzie zbrodni: miecz i topór.). Po krótkim czasie, przed nami, a później po lewej stronie pojawiają się zabudowania zespołu pałacowego wraz kościołem św. Jadwigi. Obiekt otoczony jest kamiennym murem, trwają obecnie prace renowacyjne. Spotykamy tam szlak żółty, który łączy się z zielonym. Kierujemy się nim w lewo, następnie przy bramie prowadzącej na teren kościółka odbijamy żółtym w prawo. Jest to aleja spacerowa otoczona z lewej strony murem. Po kilku minutach naszym oczom ukazują się ruiny zamku piastowskiego. Jeśli chcemy dojść do zamku górnego - pierwszą napotkaną drogą ostro skręcamy w prawo (wrażenie cofania się). Podchodząc, docieramy do furty w zamkowym murze. Obecnie wejście na teren ruin jest wzbronione. Do zielonego powracamy żółtym. Następnie przechodzimy pod kamiennym mostkiem łączącym pałac z parkiem. Schodzimy do szosy, którą kierujemy się w lewo. Pięknie wijącą się drogą wędrujemy dalej i napotykamy miejsce, gdzie zielony odbija ostro w lewo (droga polna). Wchodzimy do lasu. Leśny trakt kluczy trawersując Gniazdo (446 m n.p.m.). Po pewnym czasie wychodzimy z lasu na pole. Z drogi widać zabudowania pobliskiej Kleczy, a nieco wyżej wypatrzeć można jasną wieżę koscioła św. Tekli w Pławnej Dolnej. Po kilku minutach znajdujemy się na skrzyżowaniu dróg z kolejnym krzyżem pokutnym. Idziemy prosto. Nieco wyżej znajduje się punkt widokowy na Pogórze Izerskie, Kaczawskie z Ostrzycą, Góry Kaczawskie - masyw Okola i Łysa Góra oraz Karkonosze. Bitą, później asfaltową drogą wędrujemy do Radomic. Przechodzimy przez całą wieś. Na pierwszym rozgałęzieniu poniżej kościoła odbijamy w prawo. Po pewnym czasie szlak skręca z drogi wąską ścieżką. Następnie pojawia się przed nami rozdroże z dębem będącym pomnikiem przyrody. Wybieramy drogę biegnącą w lewo. Idziemy łąką (uwaga, łatwo się pogubić). Po chwili widać dwór w Maciejowcu. Dochodzimy do bitej drogi i skręcamy w lewo. Wędrujemy nią do szosy. Jeśli chcemy zobaczyć rododendrony i pałac idziemy prosto drogą, jeśli natomiast nie lubimy oglądać pałaców? to skręcamy szosą w prawo. Przechodzimy wieś. Schodzimy w lewo i zagłębiamy się w Dziki Wąwóz. Dochodzimy do Bobru, następnie idąc jego brzegiem do mostka . Znajdujemy się pod zaporą pilchowicką. Szosą dochodzimy do dworca PKP - Pilchowice Zapora.
Urocza wycieczka, łatwa pod względem technicznym. Obfitująca we wspaniałe widoki i wrażenia estetyczne. Niedługa - ok. 6h.
II dzień
Od stacji PKP idziemy szeroką wygodną drogą. Początkowo jest to asfalt, który później przemienia się w kostkę brukową. Skręcamy w lewo na zaporę. Przechodzimy na drugą stronę rzeki trasą spacerową, poprowadzoną górą zapory. Kierujemy się w lewo. Dochodzimy do terenu ogrodzonego płotem i idziemy lekko w górę, delikatnie zakręcając w prawo. Po kilku minutach szlak odbija w lewo wąską ścieżką. Od tej pory obchodzimy Jezioro Pilchowickie. Szlak kluczy - oddala się od brzegu, wraca itd. Trzeba bardzo uważać, ponieważ znakarze nie pomyśleli, że ktoś pójdzie z tej strony. Łatwo się zgubić. Po pewnym czasie podchodzimy pod masyw Stanka (350 m n.p.m.) i tam dołącza do nas szlak żółty, którym będziemy się kierować przez resztę wycieczki. Po kilkunastu metrach szlak skręca w prawo i schodzi w dół. Jeśli chcemy zdobyć punkt widokowy zwany Kapitańskim Mostkiem, należy pójść prosto do grupy skałek w kształcie dziobu okrętu.
Ostro schodzimy w dół i znajdujemy się przy przełomie Kamienicy. Wspaniałe miejsce, pełne uroku. Mnie osobiście skojarzyło się z tzw. "krajobrazem tatrzańskim". Najpierw idziemy prawym brzegiem rzeki, następnie przechodzimy nad nią omszałym mostkiem. Teraz przez jakiś czas wędrujemy jej lewym brzegiem. Patrząc w górę wytrwały obserwator wypatrzy najprawdopodobniej pozostałości pruskich ścieżek. Po krótkim podejściu jesteśmy na utwardzonej drodze. Idziemy nią i po kilku minutach dochodzimy do nieznanych ruin oraz rozdroża. Wybieramy drogę z prawej strony. Mijamy Zakłady Metalowe i dochodzimy do drogi, którą biegnie trasa rowerowa. Skręcamy w lewo i wędrujemy aż do elektrowni Bobrowice. Przechodzimy obok i zaczynamy spacer brzegiem Jeziora Wrzeszczyńskiego. Po godzinie jesteśmy w Siedlęcinie. Wchodzimy do wsi i po pewnym czasie znaczki odbijają w lewo, w kierunku schroniska o intrygującej nazwie "Perła Zachodu". W Siedlęcinie znajduje się średniowieczna wieża rycerska z oryginalną polichromią. Jeśli chcemy ją zwiedzić przechodzimy przez most a następnie skręcamy w lewo. Dochodzimy do zabudowań popeegerowskich. Musimy przez nie przejść. Następnie wchodzimy do XVIII- wiecznej oficyny. Mieszka w niej pani opiekująca się wieżą. U niej nabywamy bilety. Malowideł nie można fotografować ani oglądać z plecakami.
Do schroniska dochodzimy asfaltową drogą. Przepiękny widok na rzekę Bóbr i most. Dalej asfalt przemienia się w bruk. Jest to zadbana trasa spacerowa. Nią dochodzimy do Jeleniej Góry.
Bardzo ładna wycieczka, obfitująca we wspaniale widoczki. Małe trudności orientacyjne na początku. Niedługa, ok. 6h.
Reportaż
Nadchodzi czas święta 1-listopadowego. Ponieważ nie lubimy z Kubusiem tego dnia, postanawiamy wyjechać. Od jakiegoś czasu nastawialiśmy się z Tatą na Góry Sowie. Jednakże z pewnych przyczyn (obecnie nie ujawnianych) zdecydowaliśmy przejść Dolinę Bobru oraz poświęcić jeden dzień na odwiedzenie Skopca, Barańca i moich ulubionych ruinek w Górach Kaczawskich.
Organizacja wyjazdu spoczęła na mnie - tym razem całościowa: noclegi, zaplanowanie tras, wszelkiego rodzaju dojazdy...
Będąc ostatni raz w Górach Kaczawskich postanowiliśmy zrobić wszystko, aby nie spać w jeleniogórskim "Bartku". W związku z powyższym postanowieniem za bazę wypadową został obrany Wleń. Małe, urokliwe miasteczko położone nad wijącym się Bobrem. Przeglądając stronkę gminy w internecie doszłam do wniosku, że z zarezerwowaniem noclegów nie powinno być problemu - długi weekend, dwa schroniska i kwatery, cóż prostszego? he, he...
W samym Wleniu znajdują się dwa schroniska młodzieżowe - jedno na ulicy Chopina, drugie na Stachowicza. Siadam przy telefonie, wykręcam numer i ...zajęte....po godzinie zajęte... Po kilku godzinach znowu zajęte...Drugi numer tak samo...Oba numery zaczynały się cyframi 71, ja jednak w przypływie wielkiej inteligencji stwierdziłam, że to po prostu numer kierunkowy, dodałam zero i bardzo się dziwiłam, że ciągle zajęte...Wieczorem z lekkim (może nawet nieco ironicznym) uśmiechem wyjaśniono mi, że numer pod który namiętnie wydzwaniam ma za małą ilość cyferek i zasugerowano, że może tak te 71 to jednak nie kierunkowy...
Przemyślałam sprawę, wykręciłam numer jak mi radzono i Eureka...Udało się! I to właściwie był koniec mojej euforii, gdyż schronisko na ulicy Chopina okazało się zamknięte w długi, świąteczny weekend. Dlaczego? Powód takiego obrotu sprawy był niezmiernie prosty - obiekt jest nieczynny, ponieważ pracownicy wyjeżdżają do swoich rodzin...(Czy kiedyś ktoś przypadkiem wspominał o rozwoju turystyki?..) Na szczęście (wizja rozsierdzonego Kubusia nie dawała mi zasnąć) w Szkolno-Młodzieżowym Schronisku Sportowym ludzie nie zaprzestali pracy i udało mi się zarezerwować noclegi. Odetchnęłam z ulgą - wyjazd 28 X - 1 XI stał się rzeczywistością.
Podróż minęła bez zakłóceń (chyba, że za takie uznamy godzinne opóźnienie pociągu, ale przecież PKP ma czas...) i 28 października rano stajemy na dworcu w Jeleniej Górze.
Błękitne niebo, kryształowe powietrze, słońce rozświetlające złote liście i wzniosła grań karkonoska na horyzoncie...
Jako, że w pociągu spędziliśmy pół nocy i poranek, postanawiamy wypić kawę. Wpierw jednak udajemy się na krótką przechadzkę po mieście. W drodze powrotnej odwiedzamy ulubioną księgarnię w nadziei, że kupimy mapę Doliny Bobru. No cóż - kupiliśmy...Kilka map i trochę książek...(Mama wystawi nam walizki za drzwi, ale nie mogliśmy się oprzeć.) Z wypiekami na policzkach, ciesząc się poczynionymi zakupami zachodzimy do restauracji "Relaks" na śniadanko. Jak milo wracać do starych kątów...Ta sama pani w szatni, ten sam pan kelner...Zmienił się nieco wystrój wnętrza - powieszono kolorowe obrazki na ścianach i lampy w kształcie ogromnych drinków...
Po jajecznicy, żurku i herbatce ruszamy na dworzec. Po drodze uświadamiam sobie, że zamknięto bar mleczny "Karzełek". Nie powiem, że było to moje ulubione miejsce, ale zawsze BYŁO...Niestety, jak to mówi Kubuś: "Nic nie jest constans.."
Na dworcu zasięgamy informacji i pakujemy się do busa jadącego przez Wleń. Podskakujemy na nierównościach co kilka minut, ale wytrwale podziwiamy widoki...a jest na co popatrzeć: wzgórza skąpane w południowym, jesiennym słońcu, śliczne sudeckie domy, ruiny pałaców, Bóbr skrzący się w promieniach słońca, Kaczawskie, Karkonosze, wieże kościelne wystające ponad zabudowania sielankowych wsi...
Po kilkunastu minutach znajdujemy się na miejscu. Okazuje się, że przy Bobrze prowadzone są prace umacniające. Dobrze, może w końcu urocze domki przestaną być tak często zalewane?
Teraz pozostało nam tylko znalezienie odpowiedniej ulicy i schroniska. Plan zresztą też mamy ułożony. Zamierzamy się odświeżyć, zostawić bagaż a następnie skorzystać z dobrego światła i udać się "na zdjęcia" miasteczka. Jak powszechnie wiadomo plany często ulegają zmianom. Tak było i w tym przypadku. Gdy po pewnym czasie odnaleźliśmy schronisko, okazało się, że znajduje się w nim tylko pani kucharka wraz z ze swoimi pomocnikami. Grzecznie wyjaśniła nam, że odpowiednia osoba jest teraz w biurze, z pewnością wróci przed 15.00. Mamy iść obejrzeć rynek, a jeśli chcemy możemy zostawić plecaki. Podziękowaliśmy i wzięliśmy sprzęt ze sobą. Krótkie spojrzenie na zegarek. Około 13.00. Zdecydowaliśmy obfotografować rynek z ratuszem oraz kościół. Na początku czuliśmy się trochę nieswojo - kiedy zdjęliśmy plecaki i rozlokowaliśmy się przed ratuszem, wyjęliśmy aparaty i dyktafon - miejscowi spoglądali na nas jak na rarogów. A kiedy zaczęłam obchodzić pomnik gołębiarki i nagrywać jego opis, nagle otwarło się okno ratusza, wyjrzała przez nie jakaś pani i bez żadnych obiekcji lub oznak zawstydzenia zaczęła się na nas gapić! (przepraszam za określenie ale inaczej tego opisać nie można...)
Praca tak nas wciągnęła, że zapomnieliśmy o upływie czasu. Troszkę spóźnieni dotarliśmy do szkoły pełniącej rolę schroniska. Tym razem pani zajmująca się obiektem była obecna. Po raz kolejny wzięto nas za parę - ale do tego jesteśmy przyzwyczajeni... a jako, że nie wypada aby tata z dorosłą córką miał spać na jednej kanapie dostaliśmy przestronną i wygodną ósemkę. Zaproponowano nam obiad za pół godziny, przyniesiono do pokoju pościel, czajnik bezprzewodowy, szklanki, cukier, herbatkę... Byliśmy mile zaskoczeni i troszkę speszeni uczynnością mieszkańców. Po 20 min. przybiegła pani zapraszając nas na dół, bo podano obiad. Oprócz nas w stołówce zjawili się panowie pracujący przy rzece - zupa mi prawie ostygła, bo każdy kto wchodził: lekko się dziwił, po czym kłaniał, witał oraz życzył smacznego. Obiad był pyszny i spory. Odsapnęliśmy chwilkę i udaliśmy się na popołudniowy spacer. Niestety, słońce już zachodziło, więc fotki zrobiliśmy takie sobie... Ale za to spotkaliśmy przemiłego pana, który zaprosił nas na kawę. Z zaproszenia nie skorzystaliśmy niestety, jako, że brakło nam czasu. Okazało się, że ten pan przeprowadził się świadomie do Wlenia z Warszawy, zakochany jest w regionie i namiętnie fotografuje okolice...Jak dobrze, że tacy ludzie jeszcze nie wyginęli...
Kolacja w schronisku nas pokonała. Dostaliśmy kosz chleba i bułek, wędlinę, warzywka, serek i...sporą porcję ruskich...Kubuś miał drugą porcję jako prowiant na dzień następny, gdyż ja takowych nie jadam...
Pobudka koło 7.30 - nie spieszymy się zbytnio, bo świat za oknem spowija gęsta mgła. Przed 9.00 pojawia się pani z produktami na śniadanko. Rozmawiamy krótko, bo gotowi jesteśmy do wyjścia. Jeszcze tylko kilka zdjęć okolicy, robimy zdjęcia wnętrza kościółka, bo akurat jest otwarty i zaczynamy podejście na Górę Zamkową.
Podejście skąpane w liściach i unikatowych krzyżach pokutnych przechodzimy szybciutko. Z niepokojem serca zmierzamy do ruin zamku i szukamy wejścia. W międzyczasie spotykamy ducha fotografa, który niestety szybko znika...na murze zamku widnieje tablica z informacją o złym stanie technicznym ruin i ich zamknięciu. Na nasze szczęście kłódka zabezpieczająca wejście jest wyłamana a furta stoi otworem. Korzystamy z sytuacji i już po chwili jesteśmy w raju... może trochę zaniedbanym i zaśmieconym, ale nie jesteśmy przecież wybredni. Nie rozumiem doprawdy swego znajomego przewodnika sudeckiego, który ostatnio mi powiedział: "Eeee, Wleń?, Przecież to kupa kamlotów, cóż wielkiego?!" Pomińmy jednak tę wypowiedź głębokim milczeniem...Otwartą okazuje się też wieża, na szczyt której prowadzą drewniane schody, widać niedawno remontowane. Kubuś rzuca okiem znawcy po czym stwierdza, że idziemy. Warto było. Z góry widać bowiem Kotlinę Jeleniogórską, Karkonosze, Góry Izerskie, Pogórze Izerskie, Pogórze Kaczawskie, Góry Kaczawskie itp...A wszystko w barwach prawdziwej polskiej, złotej jesieni. Po zejściu okazuje się, że zmitrężyliśmy dużo czasu i trzeba raźno ruszać dalej. Nie mamy więc, niestety, czasu włamywać się na teren pałacu i kościółka św. Jadwigi, które, jak się okazuje, zostały zakupione przez jakiegoś Belga. Udało nam się tylko zobaczyć, że trwają prace renowacyjne na dużą skalę. Panowie z pobliskiej wsi twierdzą, że to dobrze - mury nie niszczeją, dla nich jest przynajmniej praca. Poza tym według niepotwierdzonych wiadomości Belg zamierza otworzyć tam hotel dla zagranicznych gości. Pożyjemy, zobaczymy... We wsi Radomice trafiamy do specyficznego sklepu. Asortyment typowo sudecki - jeden gatunek kiełbasy, słoik gołąbków, papierosy i 10 rodzajów piwa. Przy ladzie kilku panów sączących napoje wzmacniające...Kubuś prosi o pieczątkę do książeczki - nawiązuje się dysputa. W puencie dowiadujemy się, że właścicielem sklepu jest sołtys, który pieczątkę ma w domowym biurze. To oczywiście niczemu nie przeszkadza, on kogoś wyśle (po tą pieczątkę) i zaraz będzie. Rzeczywiście, po kilku minutach wbiegł do sklepu chłopiec z pieczątką. Książeczkę podbito, a my opuściliśmy tę oazę zbytku. Następnym przystankiem okazał się Maciejowiec. Kolejna wioska sudecka. Znajdują się w niej ruiny pałacu z ogrodem oraz dwór. Oba obiekty są w rękach prywatnych. Na terenie pałacu znajdowały się miejscowe dzieciaki. Poszliśmy za ich przykładem - znajdując odpowiednią dziurę w płocie i udało nam się zrobić kilka zdjęć tego wspaniałego miejsca.
W efekcie wszelkich wrażeń okazało się, że zostało nam bardzo mało czasu do autobusu ze Strzyżowca. Następny dopiero za kilka godzin... W dość szybkim tempie przebyliśmy resztę drogi do zapory pilchowickiej. Tam, niestety, zmarudziliśmy mnóstwo czasu, gdyż w popołudniowym słońcu wyglądała ona bajkowo - i poszło trochę filmu...Niestety, następne trzy km asfaltem musiałam przebiec, po czym okazało się, że autobus się spóźnił....
Przed schroniskiem spotkaliśmy panią kucharkę, która czekała na nas z pysznymi gołąbkami... Spać poszliśmy wcześnie, bo rano czekała nas pobudka koło piątej...
Wstaliśmy o szóstej, ale na autobus zdążyliśmy. Kierowca był na tyle uprzejmy, ze wysadził nas bezpośrednio przy drodze na zaporę. Tego dnia w ostrzejszym i bardziej niebieskim świetle zapora była po prostu zaporą... Natomiast znaleźliśmy śliczną roślinkę, którą Kubuś z zapałem zaczął fotografować, po czym kiedy ja podziwiałam pobliskie skały, dał mi do zrozumienia, że musimy iść bo czas goni... Ale byłam bogatsza o dwa skalne okazy... Chcieliśmy zjeść śniadanko na zaporze, ale niestety przyjechały jakieś typy, więc zdecydowaliśmy śniadać później. Rzeczywiście, udało nam się znaleźć dobre miejsce i zasiedzieliśmy się troszkę...
Szlak poprowadzony ciekawie, wspaniale kluczy wokół jeziora, niezwykłe widoki i fatalne oznakowanie. Po prostu medal za wyobraźnię dla znakarza!!! W każdym razie daliśmy radę, chociaż zaliczyłam niezłe zbocze żeby odnaleźć szlak... na szczęście byłam tak zajęta oglądaniem pozostałości, zbytnio nie wiadomo po czym, że nawet się nie zestresowałam mocno. Zapora we Wrzeszczu nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Wydała się zaniedbana, zaśmiecona... Moją irytację w tym nienajlepszym dla mnie dniu wzmógł pewien pojazd motorowy pływający tam i z powrotem po jeziorze..., poza tym gdzie się człowiek nie spojrzał - wszędzie wędkarze... Nawet śniadanka nie było gdzie zjeść... I w taki oto sposób dotarliśmy do Siedlęcina w niezłym czasie. Bardzo się niecierpliwiłam, bo Kubuś od dawna opowiadał o średniowiecznej wieży rycerskiej, będącej w ruinie. No cóż.... Okazało się, że wieża nie jest w ruinie tylko w rękach prywatnych, a pilnuje jej, sprzedaje bilety i posiada klucze starsza pani, mieszkająca w barokowej oficynie... Do remontu, oczywiście...
Pani okazała się być kopalnią wiedzy w temacie interesującego nas zabytku i w ten sposób słuchając miejscowych opowieści, podziwiając zabytkowe polichromie spędziliśmy tam 1,5 h. Tylko jedna zagadka została nie rozwiązana - co stało się z wielkim kominkiem, który pamiętał Kubuś?! Hi hi
Resztę drogi, ścieżką spacerową przebyliśmy szybkim marszem - nie było czasu, w zjawiskowej Perle Zachodu trwały poprawiny i nie mogliśmy wypić kawy, poza tym zrobiło się jakoś ludno... I tak oto mieliśmy jeszcze ponad godzinę do odjazdu autobusu... Poszliśmy na kawę i lampkę Cin Cin do Pokusy. Wyobraźcie sobie czerwone obrusy, czarne meble, nastrojowe obrazy, panią kelnerkę w króciutkiej, czarnej spódniczce i już będziecie mieli obraz wzmiankowanej kawiarenki... Zamawiamy kawę i deser. Kubuś prosi panią po pewnym czasie do stolika i mówi ze znaczącym uśmiechem: "... Poproszę jeszcze lampkę Cin Cin, i czy mogłaby pani przybić pieczątkę do książeczki?..." Okazuje się, że pani może zaserwować tylko Cinzano, ale pieczątkę, owszem przybije z przyjemnością. W radosnych nastrojach opuszczamy lokal i zmierzamy na dworzec. W schronisku już czeka na nas pani kucharka z niedzielnym obiadkiem...
Objedzeni, łagodnie mówiąc, i zmęczeni wrażeniami szybko zasypiamy. Poza tym wisi nad nami widmo autobusu o świcie...
Zziębnięci, czekamy na autobus. Po półgodzinie jesteśmy w Jeleniej, gdzie mamy trzy godziny do następnego autobusu, tym razem do Wojcieszowa. Spacerujemy po mieście, po czym zachodzimy do karczmy na kawę. Zamawiamy jeszcze zupę. Czekamy 10 minut, ale kawa jest mocna i pyszna. Wypisuję kartki, po czym zbieramy się. Po drodze zaglądamy do księgarni co kończy się zakupami i biegiem na dworzec. Ponieważ wracamy następnego dnia autobusem do Poznania, wpycham się grzecznie w kolejkę i kupuję bilety, po czym zatrzymujemy odjeżdżający właśnie autobus. Nie ma co, niektórzy to mają szczęście...
W Wojcieszowie robimy zdjęcia kościołom i ruszamy na szlak. Czas odwiedzić stare kąty. Na Przełęcz Komarnicką docieramy dość szybko, zważając na ilość zdjęć uwieczniających uwielbiany przez Kubusia "motyw drogi". Niestety, nie chce nam się wchodzić na Skopca ani na Barańca, więc siadamy na ławeczce pod drzewkiem i kontemplujemy widoki. Po godzinie ubieramy się cieplej i zaczynamy czytać zakupione książki. Kilkadziesiąt minut później... Zmarzliśmy - trzeba ruszać, poza tym zrobiło się wpół do trzeciej... Wędrujemy spokojnie aż w końcu moim stęsknionym oczom ukazują się ukochane ruiny... Ponieważ jest jesień i łąka nie jest zarośnięta badylami, podziwiam je w pełnej krasie...I utwierdzam się w przekonaniu, że to nie była jednak jakaś stodoła...jak to niektórzy twierdzą.... Następnie odbywamy dość gwałtowną dyskusję w temacie ostrych łuków lub skrętów pod kątem ostrym i dalej spieszymy na Kapellę. Fotografujemy chowające się za Karkonosze słoneczko i na skróty idziemy środkiem pola. Wychodzimy obok kamieniołomu, okrzykniętego przez Kubusia kopalnią złota i wydostajemy się przez płot z terenu prywatnego, na którym znaleźliśmy się tym razem czystym przypadkiem. W sielskich nastrojach wracamy do schroniska, gdzie ponownie czeka na nas dwudaniowy obiadek. Idziemy spać bo rano, a właściwie przed świtem trzeba się spakować i ruszać do Jeleniej.
Udaje się nam zdążyć wstać i spakować, zostawiamy kawę i czekoladki w ramach podziękowań za miłą atmosferę oraz posiłki, żegnamy i w drogę!
Na dworcu PKS spędzamy drobne dwie godzinki w zacisznym, klimatycznym barze "Edward", wsiadamy do autobusu i udajemy do domu...
Tekst - Gacia
Foto - Kubuś |
























|