




















 |
W sobotę, 5 kwietnia 2008 roku, kilka minut po 5 rano, szłam korytarzem Dworca Głównego we Wrocławiu. Nurtowała mnie jedna myśl - czy spakowałam aparat fotograficzny? Niestety, nie mogłam sobie przypomnieć. Grupę zauważyłam już z daleka - zresztą trudno nie zauważyć 50 osób kłębiących się przy tylnym wejściu na dworzec PKP. Jeden z przewodników prowadzących wycieczkę, mój przyjaciel Radzio, był już na miejscu. Po ceremonii powitań szybciutko zrzuciłam plecak i przeszukałam bagaż. Na szczęście aparat został zapakowany. Teraz mogłam już pomóc Radziowi. Po sprawdzeniu obecności skierowaliśmy się w stronę placu Dawida. Była to bowiem pierwsza w historii "Korony Sudetów" wycieczka autokarowa.
Nasz środek transportu już czekał (duży, zielony Neoplan), a obok niego Aureliusz Goclon vel Gnat, będący drugim przewodnikiem, prowadzącym wycieczkę. Wszyscy sprawnie wsiedli do autokaru i ruszyliśmy. Za nami, autem osobowym jechała jeszcze dwójka turystów, którzy pomimo braku miejsc w autokarze, postanowili nam towarzyszyć.
O tak wczesnej porze większość pasażerów pozostawała w przyjaznych stosunkach z Morfeuszem. Ponieważ nie lubię spać w autobusie, mogłam oglądać budzący się świat. Na polach sarenki skubały trawę, a zające hasały ciesząc się porankiem. Poranne mgły unosiły się nad ziemią, a zza horyzontu wyglądały pierwsze promienie słońca.
Wjechaliśmy do Strzegomia - zabraliśmy stamtąd kolegę Rafała i skierowaliśmy w kierunku Lubawki. Przejeżdżając przez Dobromierz, po raz pierwszy udało mi się zobaczyć starą wieżę widokową noszącą imię Bismarcka. Wiosną i latem jest to niemożliwe, gdyż wzgórze, na którym stoi, porastają drzewa. Wykorzystując obecność Radzia, przez pozostałą część drogi robiłam notatki dotyczące mijanego krajobrazu - na zbieranie informacji zawsze jest dobry czas. W Lubawce zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, kierowca dokonał ostatniego tankowania, część osób zakupiła korony w malutkim kantorze, a jeszcze inni ( w tym ja) postanowili skorzystać z toalety. Jako, że jest ona jedna, utworzyła się spora kolejka i minęło trochę czasu, nim mogliśmy wyruszyć dalej.
Po kilku minutach jazdy minęliśmy, puste obecnie, zabudowania przejścia granicznego. Przy okazji dowiedziałam się, jak dojechać do Adrspachu - będę tam w maju, a za bardzo nie wiem, jak trafić od strony Lubawki. Bez przeszkód dojechaliśmy do wsi Odolov - tam zaczynała się piesza część wycieczki. Gnat z częścią uczestników poczynił drobne zakupy w pobliskim sklepie i udaliśmy się w stronę Krzysztofovych Kameny. Po drodze przyłączył się do nas ogromny pies, który nie wzgardził kanapką Mirka. Pierwszy przystanek stanowił pomnik z pięcioramienną gwiazdą - pamiątka wyzwolenia Czech przez Armię Czerwoną. Zrobiwszy grupową fotkę, ruszyliśmy w trasę. Tradycyjnie pilnowałam tzw.: "tyłów". Tym razem było wesoło, niektórzy bowiem zdążyli poprawić sobie humor napojami wyskokowymi. Po kilkunastu minutach wędrówki i króciutkim podejściu doszliśmy do wspomnianych Krzysztofovych Kameny - skałek zlepieńcowych (w moim słowniku funkcjonują jako salceson - podobna struktura). Radzio postanowił skrócić trasę - zamiast robienia niepotrzebnej pętelki, zarządził zwiedzanie dużego żopiku o statusie muzeum. Na skałkach został zarządzony postój poświęcony podziwianiu i fotografowaniu. Wspomnę tylko, że Radosław uwielbia sudeckie skałki, zwłaszcza skalne grzybki. I kiedy tylko pojawiają się one na horyzoncie, mój przyjaciel zapomina o bożym świecie. A ponieważ niedawno zakupił cyfrówkę, tak samo zresztą, jak mój wujek Roman, więc spędziliśmy tam dłuższą chwilę. Nie musieliśmy się martwić o grupę, zajął się nią Gnat. Przy żopiku Stefan z Gnatem wygłosili krótkie pogadanki o linii Maginota i przeznaczeniu bunkrów. Udaliśmy się w stronę Zaltmana - najwyższego szczytu Jestrzebich Hor.. Szlak prowadził wygodnymi, leśnymi drogami, lekko pod górkę - ale co to za podejście: na trasie zaplanowanej na 17 km pokonaliśmy zaledwie 300 m przewyższenia. W tempie spacerowym osiągnęliśmy wierzchołek Zaltmana. Tym razem nie chciało mi się wchodzić na wieżę - zresztą z góry widać było tylko mgłę. Na szczycie dołączył do nas Janusz - stary rajdowy znajomy. Po ciepłym przywitaniu, opowiedział o swej dwudniowej wędrówce, podczas której zdobył Borową, przeszedł przez Zawory i dotarł do nas. Dwie noce przespał na dziko w namiocie. Sięgnęłam pamięcią do ubiegłorocznego przejścia przewodnickiego i pozazdrościłam Januszowi...
Po pstryknięciu kilku pamiątkowych fotek, w tym najważniejszej - grupowej, udaliśmy się do Paseky - małęj osady ze schroniskiem. Została tam zarządzona przerwa obiadowa. Wybór dań nie był duży - diabelska topinka, knedliki z gulaszem, czosneczka i rosół. Nie zabrakło oczywiście piwa. Wraz z Radziem i Januszem zamówiliśmy gulasz. Panowie usiedli, a ja zajęłam miejsce przy blacie z wydawanymi posiłkami. Miałam wrażenie, że pani bufetowa nie panuje nad rozgardiaszem, nie mówiąc o kolejności zamówień. Z naszej strony lady dominowała zasada: kto pierwszy ten lepszy. Niestety, nie wykazałam się zbytnio refleksem. Zanim zdążyłam wyciągnąć rękę po swoją porcję - pojawił się pan w czerwonej koszuli, chwycił talerz i umknął z moim obiadem...
W radosnych nastrojach, ruszyliśmy w dalszą drogę. W pobliskiej wsi zafascynowała mnie szopa zbita z różnego rodzaju materiałów, do której przybito tabliczkę: "Przedszkole. Teren chroniony, wstęp zakazany". Zatrzymaliśmy się z Rafałem, żeby uwiecznić to miejsce na zdjęciu, kiedy okazało się, że w domku naprzeciwko mieści się turystyczna knajpka z piwem. Stefan, tradycyjnie, skorzystał z możliwości. Kilka osób pomyliło drogę, więc Gnat z Mirkiem postanowili tam na nich zaczekać. Wraz z Rafałem poszliśmy przodem. Po pewnym czasie dołączyła do nas Basia. Niestety, grupa zniknęła nam z oczu. Tymczasem doszliśmy do rozwidlenia szlaków. Z nikim nie mogliśmy się skontaktować - żadna z trzech komórek nie miała roamingu. Natrafiliśmy na nowy szlak nieuwieczniony na posiadanej przez Rafała mapie - zagadkę "gdzie podziała się reszta?" musieliśmy rozwiązać sami. Postawiliśmy na nowy szlak i ścieżkę, o której Rafał stwierdził, że jest podziurawiona kijkami trekkingowymi. Szczęście nam sprzyjało. Po kilkunastu minutach marszu dogoniliśmy pozostałych. Wysłuchawszy instrukcji co do dalszego przebiegu trasy, zajęliśmy się fotografowaniem mijanych skałek. Kiedy z Rafałem i moim wujkiem Romanem stanęliśmy na kolejnym rozwidleniu szlaków, nikogo nie było widać. Skierowaliśmy nasze kroki w stronę Bohusłavic - tam czekać miał na nas autokar. Tuż przed wsią zadzwoniła moja komórka - Radzio grzecznie zapytał, gdzie się podziewamy, bo już długo nas nie ma...
Bezpiecznie, dojechaliśmy do Dvoru nad Łabą - miasteczka, w którym zarezerwowane zostały noclegi. Budynek nasunął mi skojarzenie z pobytem w Decinie, trzy lata temu podczas rajdu Skalne Grzyby. Był to po prostu typowy, pięciopiętrowy blok. Nawet w środku urządzony tak samo - pięcioosobowe boksy zlożone z pokojów: 2 i 3-osobowego, toalety i prysznica.
Po szybkim rozkwaterowaniu i rozpakowaniu bagażu, wraz z kilkoma znajomymi wybrałam się do centrum, w poszukiwaniu knajpki z palacinkami. Skończyło się zwiedzaniem i obfotografowaniem starówki. Czasu starczyło tylko na szybką kawę - o 19 w naszym hoteliku podawano kolację. W malutkiej kawiarence było przyjemnie i wesoło: nie wiadomo dlaczego, dostaliśmy ataku śmiechu kiedy Basia, najpierw stojąc obok toalet, zaczęła ich szukać, a następnie skorzystała z męskiej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Do ubytowni wróciliśmy w doskonałych nastrojach.
Kolacja spotęgowała uczucie wesołości. Jak to w studenckiej stołówce, do bufetu należało podejść z plastikową tacą. Pan kucharz brał talerz, następnie ręką w rękawiczce nakładał porcję frytek, dokładał kawał smażonego syra, a całość dekorował dwiema chochlami tatarskiej omaczki. Zjadłam nieco przesolone frytki, resztę podarowałam Radziowi. Rozmowy prowadzone przy stoliku nabrały nieco dziwnego charakteru. W ich efekcie Stefan został łosiem, a moja skromna osoba - dużym pasztetem.
O 20 zaczęło się tzw. "śpiewogranie". Tym razem biedny Radzio miał jako wsparcie wokalne tylko Gnata i mnie - oboje nie jesteśmy geniuszami, ale na szczęście, z pomocą uczestników zebranych na sali, daliśmy radę. Absolutnym przebojem okrzyknięto utwór Jozin z Bazin w wykonaniu Radzia, Waldka i Gnata. Tym dwóm ostatnim panom należą się brawa za układ choreograficzny. Śmiem twierdzić, że byli lepsi, aniżeli oryginał. Publiczność zażądała bisu, który został uwieczniony filmikiem. Wieczór zakończył się sympatycznie. W znakomitych nastrojach udaliśmy się do łóżek.
Ok. 3 nad ranem z lekkiego snu wyrwał mnie szelest, potem usłyszałam, jak ktoś wychodzi z naszego pokoju, po drodze potykając się o śpiącego na podłodze Rafała. Nie myśląc nad tym wiele, ponownie usnęłam. Rano okazało się, że Stefan pomylił w nocy pokoje, i trafił do łóżka Janusza. Na szczęście zanim zdążył je zająć, Janusz oprzytomniał i opanował niecodzienną sytuację. Niestety, po sprawdzeniu godziny, mój dobry humor zniknął, Janusza również. Pomimo krótkiego snu, śniadania zaplanowanego na 7.30, brutalnie nas obudzono przed 6. To cena dzielenia pokoju z rannymi ptaszkami, a takim jest wujek Roman...Ale przynajmniej choć raz się nie spóźniłam na zbiórkę.
Autokar podwiózł nas do zapory w Bilej Trzemesznej. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Jak za sprawą machnięcia czarodziejską różdżką przeniosłam się w bajkowy świat... Kamienne wieżyczki mieszkalne, malownicze bramy... Obiecałam sobie, że wrócę tam kiedyś z tatą, w jakiś ładny, słoneczny dzień. I wtedy zrobimy mnóstwo wspaniałych zdjęć.
Pomimo padającej z szarego nieba mżawki, rześko ruszyliśmy w stronę Zvicziny - najwyższego szczytu Karknoskiego Podhurzi. Mimo, że do przejścia zaplanowano tylko 7 kilometrów, wszystkich cieszyła wizja czekającego na szczycie wygodnego autokaru.
Po drodze przeszliśmy obok małego źródełka, którego pilnował wykuty w skale krokodyl. Natychmiast ustawiła się kolejka chętnych do pamiątkowych zdjęć. Po kilku minutach dalszej wędrówki zaczęliśmy jedyne w tym dniu podejście... Chociaż ten jeden, nieco męczący, element wycieczki przypomniał nam, że jesteśmy w górach. Na szczycie zgodnie z planem czekał na nas autokar. Podczas krótkiej rozmowy z kierowcą usłyszałam, że aby do nas dojechać, zamiast kilkunastu, zrobił 40 km. Przeszkodził mu niski wiadukt (słyną z nich Czechy), a w pewnym miasteczku trwał jarmark - drogi zostały zamknięte dla ruchu kołowego do godz. 16. Dzięki pomocy uczynnych Czechów dojechał na miejsce zbiórki bezpiecznie.
Restauracja mieszcząca się na górze otwierała swe podwoje o 11, więc Radosław zarządził przerwę na herbatę. W międzyczasie odnalazła się zagubiona pani Helenka, a zainteresowani zdążyli obfotografować szczyt wraz ze wszystkimi znajdującymi się nań obiektami.
Autokar wyruszył w stronę Kuksu. I tutaj zaczęły się niespodzianki. Jak grzyby po deszczu, wyrastały przed nami wiadukty: 2,6 m, 3 m oraz tablice informujące o dopuszczalnym tonażu: 10 t, 13 t... Kierowca dzielnie kręcił, gałęzie smagały pojazd, a przewodnicy szukali nowych możliwości. Droga stawała się coraz bardziej kręta i węższa...Udało się. W ramach rozprężenia, kilka kilometrów przed Kuksem, Radzio zarządził zwiedzanie tamtejszego Betlem - ścieżki biegnącej wśród piaskowcowych rzeźb, przedstawiających różne postacie biblijne. Po krótkim spacerze, rozluźnieni, siedzieliśmy w autokarze zmierzającym w stronę Kuksu. I nagle, przed samym zjazdem do miasta, ukazała się tablica: 2,6 m, 6 t. Tego było za wiele. Pomimo uciekającego czasu panowie przewodnicy zdecydowali się rozdzielić - Gnat poprowadzi grupę do miasta, Radzio objazdami pokieruje kierowcę. Spotkanie nastąpi w Kuksie. Tak się stało. Nie obyło się bez krótkich dywagacji, dotyczących kierunku drogi, ale większość grupy zaufała Gnatowi i udało nam się dotrzeć do zamku. Na miejscu stanęliśmy przed wyborem - albo zwiedzanie zamku albo obiad. Kadra wraz z połową uczestników wolała zaspokajać potrzeby umysłu. Pozostali, w pobliskiej karczmie zajęli się rozkoszami podniebienia.
Do Wrocławia wróciłam w dobrym nastroju. Po krótkich pożegnaniach i umówieniu się na kolejną wycieczkę, każdy poszedł w swoją stronę.
Tekst i zdjęcia
Gacia |






















|